:::: MENU ::::

piątek, 12 czerwca 2015

  • piątek, 12 czerwca 2015


Do tej pory moja styczność z twórczością Grega Beara dostarczyła mi bardzo ograniczonej wiedzy na temat tego, dlaczego to jest - do cholery - klasyka. O Pieśni krwi słyszałam jednak sporo dobrego i siłą rzeczy miałam wysokie wymagania. Zostały one spełnione jedynie częściowo.

Bo z jednej strony dostałam świetny koncept myślących komórek, które na swój sposób zaczynają przekształcać świat. Wyrastający z mikrobiologii, a sięgający rozmachem aż do fizyki kwantowej. Krajobrazy, które odmalował w związku ze swoją koncepcją Bear, zapierają dech w piersiach, a zarazem stoją na pograniczu grozy.

Dostałam też całkiem charakterystycznych bohaterów, tak sprawców opisanego w Pieśni krwi zamieszania jak i jego ofiary. Znalazło się nawet miejsce na psychologiczną głębię, chociaż mogło by być jej więcej. Bear właściwie powtórzył w tej powieści swoje dokonanie z Głów. Wykreował postaci naturalne i dające się lubić w zwyczajny, nieprzerysowany sposób.

Z drugiej jednak strony, konstrukcja powieści wydaje się nie do końca przemyślana. Widzimy początki istnienia myślących komórek, ich (r)ewolucję, podbój kontynentu, wreszcie świata. Największym zwrotem akcji jest tu prawdopodobnie brak jakiegokolwiek zwrotu. Autor modelowo przeprowadził swoją oryginalną apokalipsę od punktu A do punktu B.

Podobała mi się mimo wszystko wymowa Pieśni krwi. Straszenie przekraczającą granice nauką jest bardzo modne. Mordercze GMO, mordercze szczepionki, mordercze klony, wszystko przeraża. Bear, wbrew pozorom, nauką nie straszy. Pokazuje, że jej rozwój prowadzi do zmian, niekiedy bardzo drastycznych, ale w ostatecznym rozstrzygnięciu pozytywnych. To, co początkowo zostaje uznane za zarazę, w końcu okazuje się kolejnym etapem ewolucji.

Narracja Beara jest czysta, niemal sterylna, pozbawiona jakichkolwiek ozdobników. Pisałam już o tym, recenzując inne jego książki, ale się powtórzę - to język klasycznego science fiction, z czasów, gdy idea była ważniejsza niż jej nośnik. Można to czytać bez bólu, miłośnicy przezroczystej narracji będą wręcz zachwyceni.

To dobra książka, chyba rzeczywiście najlepsza z tego ułamka twórczości Beara, z jaką miałam okazję się dotąd zapoznać. Z pamiętnym pomysłem, niezłymi bohaterami i niestety bardzo liniową fabułą. Warto ją przeczytać dla tego, co bywa najsilniejszym punktem science fiction - podszytego nauką pomysłu.