:::: MENU ::::

czwartek, 11 czerwca 2015

  • czwartek, 11 czerwca 2015

Dawno nie było na blogu książkowej recenzji. Oto jest - i to jaka! Części osób zapewne w ogóle nie zainteresuje, ale wiem, że przynajmniej paru czytelników bardzo czekało na moją opinię o Władcy Piasków Elizy Drogosz. Zawsze ciekawie jest zobaczyć debiut tak młodej osoby i sprawdzić, w jakim stopniu poradziła sobie ona z zadaniem - tym bardziej, że mamy w fantastyce przypadki debiutów wczesnych, a dobrych (Dukaj, żeby daleko nie szukać).

Niestety Władca Piasków dziełem na miarę twórczości Dukaja nie jest z całą pewnością. To naszpikowana podstawowymi błędami powieść z zaledwie akceptowalnym pomysłem i nielicznymi dobrymi rozwiązaniami fabularnymi.

Zacznijmy może od tego, co naprawdę niezłe, czyli kreacji jednego z głównych bohaterów, Olivera Greena (który, oczywiście, nie jest tym, kim się zdaje). Generalnie postać ta jest zarozumiałym dupkiem i to całkiem interesujące rozwiązanie. Zwłaszcza na tle innych, raczej sztampowych.

Niestety, inne postacie nie dorównują Oliverowi. Sonia, główna bohaterka, ma jeszcze jakiś rys charakteru, chociaż zdecydowanie mniej ciekawy. Poza tym wszyscy zlewają się w dość bezbarwny tłum. Postacie męskie wyróżnia niekiedy wygląd, kobiece to niemożliwa do odróżnienia mieszanka stereotypów wrednych lasek na szpilkach.

Te płaskie osobistości toczą między sobą okropnie skonstruowane dialogi, które w całości składają się ze słownych przepychanek na gimnazjalnym poziomie. Ich informacyjna rola nie wzrasta nawet w kryzysowej sytuacji. Nie wnoszą też niczego nowego do obrazu postaci, bo absolutnie wszyscy bohaterowie mówią w ten sam, irytujący i nijaki, sposób.

Skąd taka konstrukcja wypowiedzi? To wbrew pozorom oczywiste i zamierzone - Drogosz bardzo usilnie stara się zachować tajemnicę niezbędną do skonstruowania zaskakującego zwrotu akcji. Kłopot w tym, że wskazówki dotyczące pewnych rozwiązań są znakomicie widoczne i banalne w interpretacji. Czytelnik domyśla się pomysłu autorki często kilkaset stron przed bohaterami, co oczywiście nie dodaje całości realizmu.

Zresztą, fakt że książka te kilkaset stron rzeczywiście liczy, wynika z tego, że Drogosz nie zdołała zapanować nad konstrukcją. We Władcy Piasków długie, zupełnie bezwartościowe dłużyzny stoją obok zwrotów akcji, których natężenie bardzo męczy. Zwłaszcza że są to głównie epizody bez większego wpływu na główną oś fabuły. Przepychanki słowne nastolatków, gry terenowe, nocne podchody, pojedynki - wszytko to pojawia się w jednym tylko celu, uczynienia oczywistych rozwiązań niektórych zagadek jeszcze bardziej oczywistymi.

Językowo Władca Piasków to szkolna poprawność, z irytującymi określeniami bohaterów po kolorze włosów, czyli jednym z najpopularniejszych grzeszków początkujących twórców. Pojawia się też nad wyraz często nieszczęsne "rozglądnąć", które - nawet jeśli nie jest stricte niepoprawne - z pewnością nie jest akceptowalne w tekście literackim, w toku narracji bez stylizacji. Szkoda że nie wyeliminowano nawet takich błędów, których masa autorów pozbywa się długo przed debiutem.

Nie spodziewałam się wiele po tej książce i przyznaję, że mogło być gorzej. Władca Piasków nie okazał się aż tak sztampowy, chociaż szwankuje w nim logika. Przynajmniej jeden bohater był postacią całkiem interesującą, gdyby przymknąć oczy na poziom jego kwestii dialogowych. Znalazła się więc w debiucie Drogosz może nie perła, ale przynajmniej trochę bilonu.