:::: MENU ::::

sobota, 6 czerwca 2015

  • sobota, 6 czerwca 2015
Ponieważ tak się złożyło, że w czwartek był post o innej tematyce, dzisiaj dla odmiany recenzja. Czyli porozmawiajmy - nareszcie! - o Legendzie Korry, kontynuacji świetnej Legendy Aanga.


Nie będę ukrywać, początek spotkania z tą kreskówką nijak mnie nie zachwycił. Legenda Korry niewiele przypomina pierwowzór. Świat przedstawiony uległ znacznym, często niezbyt logicznym przekształceniom, bohaterowi są starsi, humor niższej klasy. Fabuła nabiera rozpędu z dynamiką żółwia, sporo jest też nieścisłości, które w następnych sezonach piętrzą się coraz bardziej.

Mimo wszystko sezon pierwszy należy uznać za udany, głównie dzięki świetnej, nieco ambiwalentnej postaci głównego antagonisty. Postulaty równości głoszone przez Amona, gdyby nie stało za nimi kłamstwo, naprawdę miałyby sens. I ostatecznie doprowadzają jednak do zmiany świata.


Druga księga to znaczny skok jakości. Chociaż twórcy mocno zmodyfikowali zasady świata przedstawionego, da się to przełknąć. Skala walki, jaką musi stoczyć Korra, jest naprawdę imponująca. Po raz pierwszy mamy poczucie, że gra toczy się o ogromną stawkę.

Pod tym względem trzeci sezon to gwałtowny zjazd po równi pochyłej. Korra zniszczyła wielkiego ducha zła - jak można uwierzyć w to, że czworo zbirów stanowi poważne zagrożenie? W dodatku przez cały czas wieje nudą, a niektóre wątki są przedstawione w sposób, który budzi dreszcze odrazy (rodzeństwo Beifong... tak sztandarowo, płasko rozpisanej relacji nie widziałam dawno).


Za to kolejna księga pokazuje, że w zasadzie cały poprzedni, słaby sezon, udeptywał grunt pod nadchodzący. Antagonistka Kuvira  to też niby tylko jeden człowiek, ale porusza siły, z którymi Korra nie jest w stanie się zmierzyć w swoim stanie. Znów pojawiają się problemy z logiką, niemniej to powrót do wysokiej kondycji drugiej księgi.

Obiecałam, że wspomnę o zakończeniu, które przynosi lesbijki romans między Korrą i Asami, i jest... w porządku. Relacja między tą dwójką kształtuje się od dłuższego czasu. Trochę brak w niej erotycznego napięcia, ale tego nigdy nie uświadczymy w kreskówkach dla dzieci. Ekhem. Zazwyczaj. Nie było go w żadnym innym romansie w Legendzie.


Słowem podsumowania, jest to serial bardzo nierówny, ale definitywnie wart obejrzenia do końca. Tym bardziej, że walki wyglądają świetnie, animacja jest pierwsza klasa, tak jak muzyka i dubbing. Mogło być lepiej, Aangowi to nie dorównuje, ale i tak ktoś odwalił kawał solidnej roboty.