:::: MENU ::::

czwartek, 9 lipca 2015

  • czwartek, 9 lipca 2015
Na pierwszy rzut oka The Fall, zwłaszcza oglądany jako serial kryminalny, ustępuje pola na przykład Lutherowi i zapewne wielu jeszcze produkcjom, które teraz nie przychodzą mi do głowy. Zarazem jednak to pozycja długo nie wychodząca z głowy.

Przede wszystkim, naprawdę niewiele jest seriali i filmów, a jeszcze mniej książek, które są tak jawnie, otwarcie, szczerze i nieasekuracyjnie feministyczne. Upadek (bo tak brzmi polski tytuł) jest brutalnie, agresywnie ideologiczny. Wykłada kawę na ławę kwestię przemocy wobec kobiet i bez cienia zawahania wskazuje mężczyzn jako winnych. Ich agresję, ich potrzebę dominacji, pokręcony porządek świata, który stworzyli - świata, w którym mężczyzna jest podmiotem, a kobieta przedmiotem.

A przy tym odrzuca The Fall całą fasadowość, tak często wyśmiewaną. Inspektor Gibson, główna bohaterka, zagrana przez Gillain Anderson, jest piękną kobietą. Zgrabnie przemieszcza się na szpilkach, nosi mocno wycięte dekolty (co zresztą jest przyczyną do poruszenia ciekawego problemu braku kobiecej solidarności), a przy tym jest bezdzietną singielką, profesjonalistką i zaprasza mężczyzn do hotelowego pokoju na jedną noc. Nie myślisz "feministka", gdy widzisz taką kobietę - ale jak inaczej określasz kogoś, kto mówi, że kobieta jest naturalną formą człowieka, a mężczyzna wypaczeniem?


Można to wszystko wyśmiać już w tym miejscu, ale The Fall traktuje całą kwestię bardzo naturalnie i od chwili namysłu nie sposób uciec. Bo serial dostarcza nam bardzo prawdopodobny problem jako podstawę do omówienia kwestii damsko-męskich. Przemoc wobec kobiet, na tle seksualnym, seryjną w charakterze. Dokonujący ataków na samotne, poświęcające się karierze zawodowej kobiety Spector (to nie spoiler - znamy mordercę od początku), ma instynkty rozbuchane do poziomu, na którym posuwa się do przemocy i zabójstw. Pomaga w tym fakt, że w gruncie rzeczy jest psychopatą. Ale te jego instynkty, w większym lub mniejszym stopniu, są rdzennie męskie. Agresja, potrzeba dominacji, rozbuchany pociąg seksualny (silniejszy u mężczyzn niż u kobiet przez dość oczywiste biologiczne uwarunkowania vel najbardziej optymalny schemat rozrodu różny zależnie od płci - polecam Ślepowidzenie chociażby, gdzie Watts kunsztownie to opisał) - to są elementy, które składają się na definicję prawie każdego mężczyzny w większym lub mniejszym stopniu (nawet pewnego rodzaju instynkt opiekuńczy łączy się tu zwykle z chęcią dominacji).

Bardzo łatwo możemy się w tym miejscu nie zrozumieć, więc nawiążę do swojej notki z maja. Bo to mniej lub bardziej problem, który The Fall porusza:
W naszej kulturze trudniej jest być kobietą niż mężczyzną i to niezaprzeczalny fakt. A pisząc "trudniej" mam na myśli bardzo wiele rzeczy, od "dziewczynce nie wypada" (zwrot słyszany od najmłodszych lat) po fakt, że kobiety znacznie częściej są ofiarami przemocy. Cały wachlarz niezrozumiałych dla płci przeciwnej problemów, od tych zwyczajnie wkurwiających (jak ocena całej twojej osoby na podstawie zewnętrznej prezencji w sposób niekiedy absurdalny), po te naprawdę niebezpieczne.

Schodząc z tego tematu - dość ciężkiego i ponurego, szczerze mówiąc, przynajmniej z mojej perspektywy - czego The Fall brakuje? Wrócę na chwilkę do początku tej notki i wyjaśnię, dlaczego jest niekiedy gorsze niż na przykład Luther


Serial bez wątpienia ma gęsty, mroczny klimat, jak najbardziej odpowiedni, ale jakby trochę gorszą muzykę. Nagroda należy się za to za zdjęcia - naprawdę niepokojące ujęcia, we wnętrzach wręcz klaustrofobiczne, w głębi lasu i ogrodzie botanicznym przytłaczające rozbuchaną zielenią, a w mieście odpowiednio szare i dynamiczne.

Nie zachwyca gra aktorów, bo o ile Anderson wypada po prostu poprawnie (i przede wszystkim przypadła jej bardzo interesująca rola), niby równie rozbudowany Spector to drewno. Ktokolwiek widział Dornana w Pięćdziesięciu twarzach Greya zrozumie, o co chodzi. Aktor gra wszystko dokładnie tak samo, na szczęście w The Fall pasuje to lepiej do roli.

Chyba najgorsze są jednak dłużyzny, szczególnie odczuwalne w pierwszym odcinku. Ogromne nagromadzenie właściwie niepotrzebnych scen, które wnoszą niewiele i jest ich zbyt duzo, by uzasadnić to budowaniem klimatu. Na szczęście ich częstotliwość raptownie spada i później całość ogląda się znacznie lepiej.


To dobry serial, dla osób w miarę otwartych i gotowych myśleć. Inni też mogą go zobaczyć - wciąga - niemniej stracą najlepszą i najbardziej interesującą część produkcji.