:::: MENU ::::

wtorek, 28 lipca 2015

  • wtorek, 28 lipca 2015

Wymykałam się Zewowi Cthulhu długo, ale Lovecraft w końcu mnie dopadł i muszę powiedzieć, że zdecydowanie ma nowego fana. Pisanie o klasykach jest generalnie dosyć awkwardowe, więc może ograniczę się w tej notce do kilku spostrzeżeń. Chciałabym jednak dodać na samym początku, że wydawnictwo C&T odwaliło naprawdę kawał dobrej roboty, wypuszczając na polski rynek niekoniecznie powszechnie znane klasyki, nie tylko Zew, ale też na przykład Córkę króla elfów.

Do rzeczy.

Opowiadania Lovecrafta niespecjalnie się zestarzały i to pierwsza dobra wiadomość dla wszystkich, którzy chcieliby je przeczytać. Bodajże jedynym, co wskazuje na ich podeszły wiek, jest forma. Niewiele tu dialogów, brakuje przejrzystości tekstu najeżonego akapitami, dość powszechnej obecnie w książkach.

Osobiście mi to nie przeszkadzało, ale generalnie nie przeszkadza mi literatura pozbawiona dialogów, ciężka od klimatu, z logiczną, dobrze zaplanowaną akcją. Ta zaś wciąga. Lovecraft oszczędza czytelnikowi wnikania w psychologię postaci, zgrabnie prowadząc go przez mroczne zakamarki swojej wyobraźni. Niestety, jego bohaterowie, motywowani najzwyczajniejszym, ludzkim strachem, jedynie prześlizgują się po granicy rozbudowanej mitologii. Czytanie Zewu przypomina trochę badanie góry lodowej bez możliwości zajrzenia pod powierzchnię wody.

Z jednej strony takie spłaszczenie wychodzi opowiadaniom Lovecrafta na dobre, bo nadaje im niezbędnej przy dość archaicznej formie dynamiki, z drugiej szybko zaczynamy dostrzegać powtarzalny schemat. Bohaterowie niezmiennie ocierają się o zagadkę, wnikają głębiej, cofają się zdjęci obrzydzeniem i przestrachem lub zostają opętani przez nieznane, potężne siły. Wkrótce rozwój wydarzeń staje się przewidywalny. Czasami autor zaskoczy pomniejszym fabularnym rozwiązaniem, wszystko dzieje się jednak w ramach tego samego planu.

Tym, co naprawdę interesujące w klasyce, jest zawsze sposób, w jaki mierzy się ona z teraźniejszością. I tak jak Verne niekiedy zaskakuje predykcją, a Strindberg śmieszy swoim panicznym strachem przed kobiecą emancypacją, tak Lovecraft częściowo się pomylił, a częściowo... wciąż straszy.

Paradoksalnie, po opowieściach o odległym kosmosie wyraźnie czuć piętno czasu. Dzisiaj wiemy z całą pewnością, że żadna nawykła do ciemności cywilizacja nie zamieszkuje Plutona. Natomiast ciągle nie możemy być pewni, czy właściwie w pacyficznych głębinach nie śpi zsyłające senne koszmary bóstwo. Trochę to śmieszne, a trochę przerażające, że więcej wiemy o wszechświecie niż o oceanach na Ziemi.


Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że warto po Lovecrafta sięgnąć, a większość osób zrobiła to pewnie znacznie wcześniej niż ja. Jeżeli jednak ostały się jakieś niedobitki, apeluję o nadrobienie zaległości. Warto. Coś jeszcze z tych tekstów można wyciągnąć i odnieść do czasów dzisiejszych. A nawet jeżeli nie ma się ku temu ciągot - opowiadania Lovecrafta pozostają zaskakująco oryginalne jak na traktujące o rzeczach, które stały się symbolem mocno ogranym w popkulturze.