:::: MENU ::::

wtorek, 21 lipca 2015

  • wtorek, 21 lipca 2015

Doprawdy, oskarżam alkohol wypity wspólnie z przyjaciółmi, przerwy w dostawie prądu czy cokolwiek innego, co skłoniło mnie do przeczytania Demona żądzy. Co prawda na głos i w dobrym towarzystwie, co utworowi pomogło, ale tylko trochę. Jeżeli bowiem są książki, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, to właśnie jedna z nich.

Czytałam Demona żądzy Dominiki Szałomskiej, płynąc na falach bardzo specyficznego rodzaju czytelniczej perwersji. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że gorzej być nie może, okazywało się, że nie mam racji. Mogło być gorzej, dużo gorzej. Niech miarą okropieństwa będzie fakt, że ekspresję namiętnej miłości, jaką zwykle mają nawet najgorsze romansidła, zastępuje tu scena gwałtu na nieprzytomnej dziewczynie. Dla autorki to może romantyczne, normalny czytelnik zapewne będzie potrzebował wiaderka.

Nie cierpię niszczyć książek. Nie cierpię nie widzieć w nich nic dobrego. Ale Demon żądzy jest po prostu gniotem absolutnym. Wszystko tutaj jest beznadziejne - styl autorki, fabuła, bohaterowie.

Nie wiem, w jakim wieku jest Szałomska, ale sposób, w jaki pisze i podjęta przez nią tematyka skłania mnie ku myśli, że prędzej skończyła książkę niż gimnazjum. Język powieści jest kaleki, żeby nie rzec niepełnosprawny, naszpikowany powtórzeniami, stylistycznymi potknięciami i nietrafnymi, ale za to bardzo wtórnymi określeniami.

Romans, który autorka rozpisała między anioły, demony i będącą czymś lepszym od nich wszystkich Emily, nie ma najmniejszego sensu. Wszyscy tu chcą się mordować, gwałcić, namiętnie kopulować (i używam tego sformułowania celowo), krzywdzić oraz kochać na całe życie. Najlepiej naraz. Przy czym nawet drobiazgi takie jak bliskie pokrewieństwo nie mają tu żadnego znaczenia. Oto w waszych rękach powieść, w której człowiek, chcący zgwałcić bohaterkę, na końcu okazuje się jej ojcem, który dręczył ją przez całą powieść... z troski.

Recenzowałam - nie tak znowu dawno - Władcę Piasków, również powieść młodej autorki, wydaną w tym samym niesławnym systemie vanity press, co Demon. W porównaniu z dziełem będącym przedmiotem dzisiejszej notki, powieść Drogosz to mistrzostwo świata. Ma przynajmniej strawnych (i jednego ciekawego!) bohaterów. Natomiast Emily, główna protagonistka Demona żądzy, to debilka. Nadąsana dziewuszka z minusowym poziomem inteligencji, durnymi odzywkami, zerowym prawdopodobieństwem psychologicznym. W dodatku wszyscy inni bohaterowie są krążącymi wokół niej satelitami. Tworzy to rzecz tym bardziej niestrawną, jakby kretyńska fabuła i zły język nie wystarczyły.

Nie czytajcie Demona żądzy, chyba że macie co obwiniać - alkohol, przyjaciół, chwilowe umysłowe zaćmienie, cokolwiek. W przeciwnym razie czeka was społeczny ostracyzm, a być może i konieczność napisania kilku akapitów, które zabrzmią jak pean hejtera, ponieważ nie będziecie w stanie znaleźć godnego pochwały elementu. Gdyby zaś ta powieść się wam spodobała, polecam leki przeciwgorączkowe lub wizytę u dobrego terapeuty.