:::: MENU ::::

sobota, 29 sierpnia 2015

  • sobota, 29 sierpnia 2015

Krótkometrażówki są magiczne. Trudno pomyśleć o jakimkolwiek ich odpowiedniku w mediach innych niż film. Szort literacki wymaga mimo wszystko znacznie mniej pracy niż powieść czy pełnometrażowe opowiadania - filmowe szorty, jeśli prześledzić napisy końcowe, są pod względem nakładu środków niewspółmiernie do swej długości kosztowne. A jednocześnie każdy, kto krótkometrażówki lubi, musi rozumieć, dlaczego powstają. Są jak szot dobrej wódki, konkretne, szybkie i palą po spożyciu.

Na The Backwater Gospel trafiłam przypadkiem, błądząc po internecie w poszukiwaniu kawałków mrocznego country. To niesamowicie klimatyczna, ciekawie zanimowana krótkometrażówka. Intryguje celowo niedoskonałą muzyką, brzmi skrzypieniem starego roweru i wrzaskami kruków. Na pozór jest to historia jakich wiele, nieco kingowska opowieść o fanatycznej społeczności, której przewodzi zwariowany pastor.

W istocie chodzi o śmierć i to ciekawa reinterpretacja wyświechtanego motywu przesadnej, źle pojmowanej religijności.

Najważniejszą postacią w The Backwater Gospel jest Grabarz. Ciężko powiedzieć, kim jest - diabłem, mrocznym aniołem, samą śmiercią? W każdym razie powszechnie wiadomo, że zawsze pojawia się tam, gdzie ktoś ma umrzeć. I kiedy przybywa do Backwater, właśnie ta świadomość spycha mieszkańców w szaleństwo, które ostatecznie doprowadza do rzezi.

Grabarz jest jedynie informacją. Nie przyczyną, nie zwiastunem nawet. Po prostu pojawia się tam, gdzie zawitać ma śmierć.

W pewnym sensie krótkometrażówka, osadzona w westernowej scenerii, analizuje pod tym względem nasze czasy, naznaczone żądzą uniknięcia śmierci. W świecie, afirmującym młodych, silnych i zdrowych, robimy wszystko, by ją odsunąć. Rzucamy nałogi, zmieniamy diety, szczepimy się albo wręcz przeciwnie, czasami popadając w skrajne paranoje. The Backwater Gospel mówi: Tak, umrzecie. Nie znacie dnia ani godziny. A gdybyście znali, pewnie też nie potrafilibyście się z tym pogodzić. Bo sęk w tym, że mieszkańców Backwater nie zabija Grabarz, lecz oni czynią to sami.

Zmieściło się w dziewięciominutowym ledwie The Backwater Gospel wszystko, co powinien mieć dobry film - wciągająca fabuła, mroczny klimat, niezła muzyka, interesująca animacja i nawet przesłanie. To sporo jak na te kilka minut i muszę stwierdzić, że ta krótkometrażówka świetnie spełnia swoją rolę. Jest jak dobry szot.