:::: MENU ::::

czwartek, 6 sierpnia 2015

  • czwartek, 6 sierpnia 2015

Nie masz wroga prócz czasu Bishopa to interesująca książka o średnio sprecyzowanym gatunku. Z jednej strony, nie można uznać jej za nic innego niż science fiction. Z drugiej, nie znajdziemy tu otoczki, z którą zwykle kojarzy się ten typ literatury. Cały ładunek fantastyki zawiera się bowiem w przeniesieniu głównego bohatera do plejstocenu. Poza tym powieść składa się głównie z otoczki obyczajowej - ale otoczki świetnie napisanej i ciekawej.

Główny bohater, John-John, w sumie cierpi na powszechną przypadłość, to znaczy źle czuje się w swojej rzeczywistości - swoim czasie i swoim życiu. Z tym że w przeciwieństwie do większości ludzi, śni w sposób, który otwiera go na zamierzchłą epokę początków kształtowania się gatunku ludzkiego. To jego ucieczka, prywatny Eden. Dzięki projektowi podróży w czasie, w końcu tam trafia.

To dziwna opowieść. Z kontrowersyjnym romansem między bohaterem a kobietą, która pod wieloma względami jest bardziej zwierzęciem niż człowiekiem. Wciągająca, ciekawa, barwna. Taka historia o wyrastaniu z pewnych marzeń i o tym, że niektóre z nich musimy po prostu przeżyć, żeby ostatecznie się z nich wyleczyć - lub aby je stracić.

Najbardziej ponura konstatacja, jaka naszła mnie po lekturze, dotyczy siły ludzkiego przeznaczenia, tkwiącej w (chyba?) behawioryzmie. Bishop mimochodem pokazał, że chociaż - już jako dorośli - doskonale jesteśmy w stanie wskazać błędy wychowawcze naszych rodziców, sami je popełniamy. I tak jak John kiedyś uciekł z domu, tak ucieka w końcu, ostatecznie, jego córka. Pokolenie po pokoleniu, historia zatoczyła nieubłagany krąg.

Nie będę jednak udawać - w Nie masz wroga prócz czasu chodzi głównie o opowieść. Wciągającą, dobrze napisaną i poprowadzoną, z żywymi, zapadającymi w pamięć bohaterami. To przyjemne i odświeżające, przeczytać coś, co jednocześnie nie ma sprecyzowanej idei, ale nie jest zupełnie głupie.