:::: MENU ::::

wtorek, 18 sierpnia 2015

  • wtorek, 18 sierpnia 2015

Virion to książka, która się trochę nie udała. Może ponieważ gdzieś pomiędzy pomysłem autorki a trafieniem na księgarskie półki stracił się jej potencjał. Patrzylas wymyśliła bowiem kreację świata, której jednoznaczność (czy wręcz łopatologiczność) sprawdziłaby się w prostej baśni dla najmłodszych. Z tym, że autorka z miernym skutkiem spróbowała zrobić z tego opowieść, epickością dorównującą Władcy pierścieni.

Idea świata opiera się na tym, że ludzie z natury są dobrzy. Nie ma w tym założeniu nic złego, chociaż przyczyna, dla której stają się źli, jest po baśniowemu sprowadzona do czegoś prostego - tajemniczej, zielonkawej mgiełki, tytułowego virionu. Ponieważ nasza okropna cywilizacja jej nie zauważała, upadła, a ludzkość cofnęła się rozwojem technologicznym do błogiego życia w zamierzchłym średniowieczu. I właśnie tutaj zaczynają się schody.

Bowiem obraz średniowiecza jako mlekiem oraz miodem płynącej krainy dobra i realnych wartości jest naiwny. I obrzydliwie zarazem populistyczny.

Zgoda, to jest epoka, wokół której narosło wiele mitów, ale jednak: dyktat Kościoła, co najmniej nędzne warunki higieniczne, brak usprawnień, feudalizm, najgorzej rozumiany patriarchat, ciągłe wojny... sprowadzenia średniowiecza do czasów właściwych wartości i łączności człowieka z naturą nie łyknie nawet pelikan.

Tyle w kwestii pomysłu i kreacji świata, bo - niestety - na tym kreatywność Patrzylas się wyczerpała. Dalej Virion jest już tylko niezbyt dobrze napisaną, umiarkowanie porywającą opowieścią, pełną absurdów. Autorka nie bardzo ma pomysł na fabułę. Ot, każe swoim bohaterom wędrować z miejsca na miejsce. Nawet kiedy wpadają w tarapaty - spokojnie, następuje deus ex machina i wszystko jest dobrze. Nie przypominam sobie żadnej sytuacji w Virionie, kiedy ktoś uroczo przycwaniaczył lub sobie na coś zasłużył. Tylko deusy, tam gdzie akurat pasują.

Nie ratują sytuacji bohaterowie - uroczo bezpłciowi, niestety całkiem liczni, co sprawia, że czytelnik nie pamięta już po kilku rozdziałach, kto właściwie jest przypisany do którego imienia. To bez znaczenia - nie zgubimy się w prostej i prowizorycznej fabule ani w dialogach, które składają się z powtarzania w kółko tego, co zostało już powiedziane lub z nieznaczących wtrąceń.

Na deser - jakieś tam próby wzruszeń. Zdrada, ale nie wstrząsająca, romans, ale nie porywający, dramatyczny wybór, którego dramatyzm ginie w tęczowym wybuchu deus ex machina.

Bardzo prosty to świat - chociaż pomysł był dobry - i prosta książka - słaba, pisana bez planu, bez szkieletu, bez przygotowania. Można by z niej zrobić niezłą baśń, skierowaną do młodych czytelników, gdyby nie zupełnie nieefektywne silenie się na rozmach. Nikt starszy - chyba nawet średnio rozgarnięta nastolatka, chowana na paranormal romance'ach - raczej się w Virionie i jego naiwności nie zakocha.