:::: MENU ::::

czwartek, 27 sierpnia 2015

  • czwartek, 27 sierpnia 2015

Niecały rok temu rozpisywałam się raczej negatywnie o Takeshim. Cieniu śmierci i wcale nie zamierzam swojej opinii zmienić. Początek nowego cyklu Kossakowskiej nastrajał negatywnie, był nudny i nie oferował prawie niczego. Na szczęście Taniec tygrysa to pod każdym względem skok jakości o co najmniej klasę.

Może to kwestia tego, że znałam już obraz Japonii według Kossakowskiej i tym razem nie żywiłam żadnych nadziei, że zachwyci mnie orientalnym klimatem. Ale chyba bardziej chodzi jednak o przeniesienie ciężaru narracji na drugi z krajów w powieści, mocno oparty o południowoamerykańskie wierzenia. Udało się autorce oddać je w sposób przynajmniej dla mnie interesujący, może ponieważ niespecjalnie tę mitologię znam. Niemniej nawet wśród lokacji typowo japońskich mamy nareszcie klimatyczne rozwiązania - androida, nawiedzonego przez kami czy wspaniałą, górską świątynię tengu.

Fabuła to w znacznej mierze oderwane od siebie epizody, które jak puzzle składają się w całościowy obraz. Ma swoje wady, nie brakuje w niej niepotrzebnych streszczeń, ale przynajmniej - w przeciwieństwie do Cienia śmierci - nie nudzi. Ciągle przerysowana walka goni przerysowaną walkę, ale można to jakoś przełknąć. Zastanawia mnie jedynie, ile jeszcze Takeshi będzie musiał znieść, ile razy stać na krawędzi śmierci, żeby w ogóle zacząć robić coś ciekawego. W tej chwili jego losem już ciężko się przejąć, a to dopiero drugi tom.

O ile sama opowieść jest zdecydowanie na plus, to jednak samoplagiat widać nawet wyraźniej niż w pierwszej części Takeshiego. Problem wiary i jej wagi został już przecież świetnie pokazany w innych dziełach Kossakowskiej. Negatywni bohaterowie Tańca to dokładnie ci sami ludzie, których mieliśmy w Rudej sforze, tylko po operacjach plastycznych, zmianie nazwiska i w odmiennych dekoracjach.

Z pozytywnymi bohaterami jest trochę lepiej. Wszyscy ewoluują co prawda tak na jedno kopyto - w kierunku odwagi, bohaterstwa i honoru - ale przynajmniej nie są statyczni. Przy czym Takeshiemu absurdalnie dobrze zrobiło... zepchnięcie Takeshiego na dalszy plan. W porównaniu z Lalem, całkiem nieźle zapowiadającą się Haru, naprawdę lubianym przeze mnie Reiem, chuderlawym wegetalistą czy nawet dawnym przyjacielem naszego głównego bohatera, Takeshi wypada po prostu beznadziejnie słabo, płasko i nudnawo. A wszystko to nie są najwspanialsze na świecie kreacje.

Przy okazji, pamiętacie że chwaliłam koniec pierwszego tomu? Rozwiązanie było bardziej tęczowo-paskudne niż ktokolwiek mógł się spodziewać. (On nie umarł. On zemdlał.)

No i na koniec wielka łycha miodu - jak Takeshi jest wspaniale napisany. A druga część nawet lepiej niż pierwsza, bo wypadły wszystkie irytujące powtórzenia. Kossakowska niesamowicie sprawnie splata słowa, tworząc plastyczny, żywy obraz. Przepłynęłam przez tę powieść z prawdziwą czytelniczą rozkoszą.

Nie wiem, czy ta seria będzie literackim rollercoasterem, jeżeli tak, to dla co drugiego tomu o jakości równej Tańcowi warto się poświęcić i przeczytać rzecz z poziomu Cienia śmierci. Jeżeli nie i wzrost jakości będzie dalej postępował, następne tomy mają szansę stać się jednymi z moich ulubionych książek.