:::: MENU ::::

sobota, 22 sierpnia 2015

  • sobota, 22 sierpnia 2015

Ktokolwiek czytuje i lubi Kinga, natychmiast dostrzeże w Zimowych dzieciach McMahon znajome tropy. Indiańska magia, ożywieni zmarli, którzy nie są do końca tym, czym byli przed śmiercią i powstaniem z grobu. Zamiast oczu jak szklane kulki - zapach łojowej świecy. Cmętarz zwieżąt jak malowany.

Pomimo tego braku oryginalności w samym koncepcie, udało się Jennifer McMahon stworzenie powieści z charakterem. Zagubione na końcu świata miasteczko, tajemnica z przeszłości, zimowe krajobrazy - wszystko to zręcznie splecione w momentami upiorny obrazek.

Z jednej strony dostaliśmy opowieść o matce, która kochała swoje dziecko za bardzo. W sposób zrozumiały, ale skutkujący wielką tragedią. Bo czy zagłada rodziny, wezwanie z zaświatów duszy i zamknięcie jej w martwym ciele dziecka, trawionym żądzą krwi, może tak naprawdę być usprawiedliwione? To rzadkie podejście w literaturze, która miłość i przyjaźń raczej gloryfikuje - bo owszem, piękne to uczucia, ale ktokolwiek wdał się w toksyczną relację wie, że potrafią zmienić się w śmiertelną pułapkę. Trochę jak węże. Przyjemne w dotyku i ładnie wygląda się na zdjęciu z takim wokół szyi, dopóki nie zaciśnie splotów.

W drugi z głównych wątków McMahon tchnęła trochę amerykańskiej akcji, chociaż - w gruncie rzeczy - ta pierwsza opowieść mocno oddziałuje na drugą. Nie tylko dlatego, że w centrum amatorskiego śledztwa kilku bohaterów znajduje się pamiętnik, opowiadający o wydarzeniach sprzed lat. Bardziej z prostego powodu, że tutaj również jest ktoś, kto kocha za bardzo. I popełnia błąd, pozwalający odrodzić się złu. Dosyć niejednoznacznemu, co stanowi dodatkowy plus tej powieści, ale jednak.

Takie podejście również przypomina Cmętarz zwieżąt. A jeszcze bardziej Ring, może ponieważ opis pozwalającego przebudzić martwych rytuału zostaje zapisany w formie cyfrowej. Przymusem, który napędza rozpowszechniających morderczy film bohaterów słynnego, japońskiego horroru, jest groźba śmierci. Tutaj ten przymus stanowi miłość do bliskich, która zarazem boleśnie ich rani, wskrzeszając jako potwory. Zaślepieni tą miłością ludzie zdają sobie z tego sprawę, a mimo to postępują egoistycznie. Tak nakazuje im w końcu uczucie.

Może nie udało się wymyślić McMahon niczego nowego dla horroru, ale na pewno zdołała zagrać na czułych strunach ludzkiej duszy. Tchnęła w swoją historię, niby mało oryginalną i niespecjalnie skomplikowaną, to co w literaturze najważniejsze - emocje. A że od całości trudno się oderwać i jest naprawdę elegancko napisana, to tylko dodatkowe plusy.