:::: MENU ::::

wtorek, 29 września 2015

  • wtorek, 29 września 2015
Miss-deviantE

W pewnym momencie nawet wielki fan książek i umiarkowany fan kina, o ile nie jest zupełnie przez swoje pasje zaślepiony, musi przyznać, że film czasami jest zdecydowanie lepszy od książkowego pierwowzoru. Dla mnie tym momentem było bez wątpienia obejrzenie Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci. W szczególności zaś części drugiej. Pierwsza jest bowiem do książki stosunkowo podobna - powolna, niepokojąca, szara, horrorowa. To w dalszym ciągu widać znaczący skok jakości.

Niewątpliwie ma w tym niemałą rolę fakt, że książkowe Insygnia były takie sobie. Miały ogromny potencjał, ale jednak odstawały od standardów, do jakich przyzwyczaiła czytelników twórczość Rowling. Nie było w nich już zwrotu akcji rodem z Więźnia Azkabanu ani szeroko zakrojonej intrygi jak w Czarze Ognia, nie było tak potwornie przyziemnych antagonistów jak w Orderze Feniksa.

Filmowcom natomiast udało stworzyć się satysfakcjonujące domknięcie serii, pod tym względem, że ostatnia część filmu po prostu nie odstawała od poprzednich aż tak wyraźnie jak to miało miejsce w przypadku książek.

Harry Potter w wersji kinowej zawsze był duszny i mroczny, przepełniony raczej złowrogą magią. W filmach Hogwart nie stanowił ucieczki od cierpienia, jaką był dla Harry'ego w książkach. Na ekranie widzieliśmy ponure zamczysko, pełne raczej zakurzonych, osnutych pajęczyną tajemnic. Początkowo w tym klimacie przeważało oczarowanie, ale stopniowe zagęszczanie atmosfery, aż do w całości przepuszczonych przez depresyjny filtr Insygniów, wypadło niezwykle naturalnie. Tutaj wszystko jest jakby poważniejsze - od deklaracji przyjaźni na szachownicy w Kamieniu Filozoficznym po Hermionę, czyszczącą pamięć własnych rodziców w szokującym akcie poświęcenia.

hogwartsfansite

Nie rozczarowuje również Voldemort, głównie dlatego, że jest... kiepski od samego początku. Zgon Czarnego Pana w książkach naprawdę nie zachwycał, chociaż bez wątpienia jest to jedno z mądrzejszych i bardziej przemyślanych zakończeń w historii opowieści dla nastolatków. Cóż z tego, skoro ta scena jest zwyczajnie zbyt krótka, za mało jej w skali całości. Filmowego Voldemorta trudno nawet Czarnym Panem nazwać, bo to skaczący i egzaltowany komediant, który w długiej finałowej bitwie ma raptem kilka dobrych momentów. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem decyzji reżyserów, scenarzysty, aktora czy ktokolwiek sobie wymyślił, żeby z tak świetnego antagonisty zrobić niepoważnego złego na miarę LoLowego Veigara.

Z pewnością w odbiorze filmu duże znaczenie ma fakt, że to jest w sumie - przynajmniej jak na razie - koniec przygody z Harrym Potterem. Trochę jak w przypadku Śródziemia, już nie książka stanowi zwieńczenie całej serii, ale właśnie ten film, bo kinowa wersja przygód w Hogwarcie stała się ikoniczna. Dużo sentymentu, duże wymagania, zresztą w znacznej mierze spełnione.

Gdybym miała wybierać, w jaki sposób raz jeszcze zapoznać się z całą serią, zapewne przeczytałabym książki (oczywiście z filmowym soundtrackiem w tle) do szóstej części włącznie, a siódmą jednak obejrzała. Niekoniecznie doradzam jednak podobny zabieg osobom, które serii o Potterze w ogóle nie znają. W filmie jednak brak niektórych smaczków, a i klimat jest drastycznie odmienny od książkowego.

hpgifsforyourlife