:::: MENU ::::

czwartek, 24 września 2015

  • czwartek, 24 września 2015

Przeczytałam w tym roku więcej self-pubów i vanity press niż przez całe moje dotychczasowe życie, bo chciałam dać im szansę. Po tych kilku doświadczeniach rozumiem już, że było to z mojej strony głupotą, wręcz szaleństwem. Zmarnowałam (na szczęście zliczone) godziny na czytanie powieści, które nie tylko nie wniosły w moje życie absolutnie nic, ale wręcz przyprawiły mnie o rzadkie przypadłości, takie jak krwawienie oczu czy wydłubywanie ich mikserem. Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni autorstwa Michała Podbielskiego stanowiły nic innego jak gigantyczny gwóźdź do trumny. Mogą śmiało konkurować jakością z Demonem żądzy.

Zacznijmy od tego jak tekst jest napisany. Po lekturze większości recenzji, jakie ukazały się w internecie od premiery książki, byłam świadoma braków w korekcie i redakcji. Nie są niczym niezwykłym w przypadku self-pubów, poza tym przecinki niespecjalnie rażą mnie w oczy, ale już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że problem wcale nie leży w korekcie. Żadna korekta by tutaj nie pomogła, a jedyna redakcja, jaka mogłaby uratować język Wojen to napisanie całości od nowa.

Podbielski ma warsztat tak zły, że doprowadza to do kuriozalnej sytuacji, w której powieść niby jest po polsku, ale urodzony w naszym pięknym kraju, posługujący się tą mową od urodzenia odbiorca i tak nie rozumie, co właściwie czyta. Żeby nie być gołosłownym - w taki oto sposób autor opisuje akcję:
Kusznik wydobył z siebie potok słów. Jednym ciągiem opisując sytuację i wydając rozkazy, zanim Satun zdążył nawet pomyśleć o tym, żeby się odwrócić i pobiec za gwardzistami. Wiedział, że nie ruszy w pościg już po usłyszeniu rozkazu.
Przy dużej dozie dobrych chęci można sobie mniej więcej wyobrazić, o co właściwie autorowi chodziło, ale z całym szacunkiem - w czytaniu książek raczej nie chodzi o dopowiadanie sobie najbardziej prawdopodobnego obrotu wydarzeń ponad kaleką warstwą językową. A zdarzają się w niej nader często również takie kwiatki jak poniższe zdania:
Strzelając kamieniami, dosłownie rozpłatał atakujących.
Kobiety również były nieruchome, ale te leżały na ziemi nago, z szeroko rozwartymi kończynami.
Ja bardzo przepraszam - ale szlag człowieka może trafić, jeżeli zapłaci czterdzieści złotych za prawie siedemset stron (drobnym drukiem!) obcowania z językiem na takim poziomie. To jak niepowtarzalna możliwość przejechania Dakaru pojazdem bez kół za sowite wpisowe.

Pomijając jednak język (czyli trochę jak pomijając zdjęcia w filmie albo melodię w muzyce), powieść ma nam do zaoferowania epicką, z rozmachem poprowadzoną fabułę. Na pierwszy rzut oka widać, że ktoś tu miał wielkie plany, bo Wojny są przeraźliwie długie, a przecież stanowią zaledwie początek wielkiej przygody. To znaczy, w zamierzeniu.

Wyraźnie widać, że Podbielski starał się stworzyć coś na miarę Gry o Tron. W związku z tym bezpardonowo podszedł do wielu tematów - to znaczy, w jego przypadku martinowska bezpardonowość ogranicza się do mizoginii i seksu. Autor Wojen nie przyswoił sobie jednak najważniejszej lekcji, to znaczy tej, że niektóre motywy sprawdzają się tylko, gdy piszący zna się na swojej robocie, a postaci wykreowane są porządnie. Stąd mamy sceny przemocy takie jak ta:
W odpowiedzi Ghor wymierzył jej siarczysty policzek, aż odskoczyła jej głowa i upadła na ziemię, przelatując wcześniej przez niewielki stół, który za nią stał. Gliniane kubki kręciły się jeszcze po podłodze, kiedy ocknęła się, czując jak woda, z jednego z przewróconych dzbanków, oblewa jej stopy. Otworzyła oczy i zobaczyła męża, oddającego na nią mocz.
I sceny miłosnych uniesień w rodzaju tej:
Szalony pisk znów rozdarł ciszę. Śmieszce zadrgała przy tym szczęka z podniecenia. Uciszyła pisk, zamykając jej usta językiem. Brunetka odpowiedziała namiętnym, przerażonym pocałunkiem, widząc w nim swoją szansę ratunku. W tym czasie ruda zaczęła rozrywać na Śmieszce ubranie. Ta na chwilę oderwała się od pocałunku i uniosła głowę w górę. Oczy przewracały jej się i drgały usta. Rzuciła się na łoże, pociągając za szyję brunetkę. Zamknęła oczy, czerpiąc z każdego chciwego pocałunku ciała, którym ją obdarowywały.
lub
Łzy pociekły jej po policzkach. Nie odwracając się, chwyciła za krocze stojącego za nią mężczyzny i zaczęła przerzucać jego klejnotami.
Absurd. Albo może każdy przerzuca klejnotami swojego seksualnego partnera, a przeciętna kobieta pod wpływem rozkoszy dostaje lekkiej padaczki, a to ja jestem jakaś inna.

Podobnych absurdów jest zresztą więcej. Większość scen walki to nonsens poganiany nonsensem, nawet mając za skalę porównawczą zwykłe potyczki w fantasy, które rzadko spotykają się z realizmem (co jest nawet zrozumiałe, zważywszy jak beznadziejnie toporna jest walka długim mieczem). Z rzeczy najbardziej rzucających się w oczy - Podbielski oszczędza konie w taki sposób:
Tak jak podejrzewał Ahhor, pędzili konno na złamanie karku. Wykorzystując dodatkowe konie, przesiadali się między nimi, żeby przejechać dłuższy dystans, nie zamęczając zwierząt. Zarówno oni, jak i konie byli już wyczerpani rajdem.
Konie! Bowiem człowiek na grzbiecie doprowadza zwierzę to padnięcia z wycieńczenia, wcale nie ciągły bieg! No więc otóż raczej nie bardzo.

Nieco lepiej wypadają na tle ogółu bohaterowie, a konkretnie kompania Szarych Płaszczy, wiedźma Krwawiąca oraz Harta - bo powiedzenie tego samego o całej reszcie z naprawdę mnóstwa postaci na kartach powieści to mocne nadużycie. Większość to bowiem typowi, wycięci z papieru mężczyźni (przy czym, zważywszy ich różnorodność i głębię, na usta aż ciśnie się "typowi biali heteroseksualni mężczyźni"), których odmienność ogranicza się do imion i celów wypraw/knowań/niepotrzebne skreślić. Gdyby ich ponumerować, wyszłoby na to samo, ale łatwiej byłoby ich rozróżniać.

Dość narzekaniom, czas przyjrzeć się wątkom postaci, o których wspomniałam. Na pierwszy rzut oka jest nieźle, mogą one wzbudzić jakieś emocje, ale bardzo szybko na wierzch wyłażą szwy. I zaczynają pękać. Sensowne wykreowanie szalonej wiedźmy, jaką powinna być Krwawiąca, przerasta umiejętności autora. Wątek Harty do złudzenia przypomina wątek Daenerys Targaryen - wykorzystywana przez mężczyznę, zaczyna czerpać z tego przyjemność, potem jej wola się hartuje i kobieta wreszcie zdobywa moc, niedostępną zwykłym śmiertelnikom. Szczytem szczytów jest zaś Czarna... tfu, przepraszam, Szare Płaszcze, których członkowie noszą nawet imiona podobne do swoich pierwowzorów z Czarnej Kompanii.

Gdyby nie fakt, że trzymam to tomiszcze w ręce, ciężko byłoby mi uwierzyć, że ktoś faktycznie je napisał i uznał za warte wydania i że jest to dopiero początek czegoś "wielkiego". Ciężko uwierzyć mi w pozytywne recenzje, kiedy mogę otworzyć tę książkę w dowolnym miejscu i na pierwszy rzut oka dostrzec błąd lub bzdurę. Jestem zdania, że pisać ma prawo każdy, przy czym uważam, że wydanie książki jest jednak mniej lub bardziej wydaniem na siebie wyroku. W momencie wydania oświadczamy światu, że czujemy się gotowi, by pokazać, na co nas stać. To kruchy lód i chyba lepiej nie rzucać się na niego z radosnym okrzykiem, gdy pod spodem wciąż raźno rwie rzeka, a dokładnie to zrobił Podbielski.

Na zakończenie, jeszcze coś o udanym doborze imion. Tutaj jedno dla boga piorunów - grający w Mortal Kombat nie powinni być zaskoczeni. ;)
- To nie Martwa Tarcza tylko Raiden - skorygował Prymus.
Thunder blots out the sun, bitches!