:::: MENU ::::

poniedziałek, 7 września 2015

  • poniedziałek, 7 września 2015
5.9.2015


Katowice Airport tchnie klimatem PRL. Kolejki do security, kolejki do gatów. Infrastruktura super, linia kolejowa do lotniska zrobiłaby furorę.

Lot okej. Nudny, średnio komfortowy. Taki podniebny pks, tylko ten strzał endorfin przy starcie.

Eindhoven jest ładne. Wilgotne i zimne, ale zalane słońcem. Porządne, niemiecko poukładane i przystrzyżone. Z wykopkami i lasem. Z dziurami w drodze.

Płasko mi. Jak zawsze z dala od wyżyn i gór.

*

Ciapciąg jak ciapciąg z tego ciapciąga.

Znaczy miejsca na nogi dużo, obsługa z kawą odwiedza też drugą klasę (znaczy, mam nadzieję, że nie siadłam w pierwszej), strefy ciszy są.

Ale syf też jest, głośne dzieci są, komunikat tylko po tutejszemu.

Standard obsługi zmienisz, ludzi też, ale zdecydowanie mniej.

Widoki niczym z polskich ciapciągów. Nawet krowy stały.

Na razie taka bardziej ułożona Polska z tej Holandii.

*

Ledwo wjechaliśmy do Amsterdamu - tęcza na niebie. Homopropaganda, kurczę.



6.9.2015










7.9.2015

Sądzę, że eksperyment z dziennikiem podróży należy uznać za nieudany. I mogłabym tutaj oskarżać brak dostępu do Internetu, ale żałosny widok mnie samej, ledwo mającej siłę podnieść do ust frytkę w macu (z wifi!) wrył mi się w pamięć, więc oto prawda: Nie miałam siły napisać nic. 

Trochę to wina mojego uporczywego łażenia na nogach - to jednak trochę chore, gdy masz zakwasy nawet w biodrach. A tramwajem mogłabym dotrzeć wszędzie, szybko i bez wysiłku. 

Wtedy ominęłoby mnie jednak uciekanie przed rowerami… I skuterami, które jeżdżą tu po ścieżkach rowerowych. Często-gęsto - jedynym, czym możesz iść.

Ominęłyby mnie króliki, masowo i z pogardą dla ludzi pasące się na trawnikach. 

I zwiedzanie Amsterdamu z twardej, umiarkowanie stabilnej perspektywy rowerowego bagażnika. 

Ponieważ jednak dziwny splot okoliczności wyniósł mnie naście kilometrów od hotelu, metrem jednak jechałam. I tu odkryłam największą różnicę między Holandią i Polską. Bo tu każdy płaci za przejazd komunikacją miejską, chociaż to właściwie nie jest sprawdzane. Podbijasz do maszyny, pikasz kartą, wysiadasz, pikasz i najgorsze, co cię może spotkać, jeśli kartą nie pikniesz, to zamknięte bramki. Które są, ale nie wszędzie. Kary podobno też niskie, a jednak. Możesz być gangsterem, badassem lub królem życia - ale w metrze pokornie pikasz kartą. Już widzę jak to działa w Polsce, gdzie nawet kontrole i wysokie kary nie pomagają! 

Cała ta komunikacja jest ok, ale bez szału. Amsterdam generalnie jest dość zaśmiecony, ciasny, hałaśliwy. Taka ofiara eksperymentu pt. “Zamknij dużo ludzi w małej przestrzeni, pełnej wody”. Minus agresja, bo jednak nie sprawia wrażenia miasta niebezpiecznego. Możesz się upalić, wpaść pod rower, zostać okradzionym lub skończyć w kanale. I tyle, chyba że się wdasz w dziwne towarzystwo - ale to jest prawda wszędzie.

*

Ludzka logika jest wszędzie i zawsze silna. Na przystanku stało ze sto osób, bus nie jechał.

Poszłam na dziesięć minut do toalety.

Gdy wróciłam, trafiłam na moment, gdy kierowca mówił temu tłumowi, że bilety powinni kupić na dworcu, bo on ani tyle nie ma, ani nie ma wydać każdemu z dwudziestu ojro.

I tak oto jadę busem z pięcioma osobami i zastanawiam się, ile swoich pamiątek mogę upchać w rękawy, żeby mi się plecak zmieścił w maleńki koszyczek wizza.

*

Siedzę i patrzę na samoloty.

Za jakąś godzinę będę musiała wstać, ale na razie siedzę, patrzę na samoloty i jest mi dobrze.