:::: MENU ::::

wtorek, 22 września 2015

  • wtorek, 22 września 2015
Warszawa to niby powtórka z rozrywki, ale w zasadzie każdy wyjazd jest dobry. To jadę. Nic jeszcze nie spakowałam, chodzę w piżamie, wyjazd za godzinę. Spontan w najlepszej formie.

*

Nie lubię się przemieszczać. Ostatnio mnie to nudzi. Ale może tak mówię, bo mam chorobę lokomocyjną i walczę ze sobą przez cały czas.

*


Obejrzałam Warszawę od innej strony niż zwykle i pod tym względem ten króciutki wyjazd był wart każdej godziny bolesnego wysiadywania pośladków. Ciągle nie wiem, który brzeg Wisły jest który, ale jeden sprawia wrażenie o wiele bardziej medialne niż drugi. 

Pierwsze, czym to miasto wita przybyłych z południa, jest widok wieżowców. Sterczą zupełnie bez sensu z różnych punktów, a każdy jeden jest inny, wizjonerski, nie przypominający zupełnie niczego. Między nimi jak klocki normalna zabudowa. Ale wystarczy zaparkować samochód (naprawdę łatwiej powiedzieć niż zrobić) i zagłębić się w ulice, żeby polubić Warszawę. Pełną knajpek, sieciowych i prywatnych, śpiewającą otwartymi podwojami klubów. Gdybym tylko miała czas, zostałabym w takim miejscu na noc. A może i kolejny dzień.



Po przekroczeniu Wisły (która nie wyschła, dementuję plotki), wszystko się jednak zmienia. Oto otwiera się Praga, Praga z obdartymi ścianami, dechami w oknach, dzielnica mieszkalna o wąskich uliczkach, równie pokiereszowanych jak mordy zakazanych typów. Na tym brzegu stoi Stadion Narodowy.

Stadion jest jak hotel, tylko dokładnie na odwrót. Mniejszy i mniej imponujący niż na zdjęciach w telewizji czy gazecie. Oraz, w przeciwieństwie do hoteli, ładniejszy w środku niż na zewnątrz. Patrząc z boku jest bowiem… przykurzony.

*

P.S. Pamiętam jeszcze o porządkach. Ale prosiliście, więc scalone relacje zostają. ;)

P.S.2 Sam koncert jak koncert. Było trochę dobrych artystów towarzyszących (Bajm, Boys, nawet Afromental) i tacy, którzy trochę dali ciała. Roxette w przyzwoitej formie. Marie godna podziwu, niesamowicie charyzmatyczna.