:::: MENU ::::

czwartek, 19 listopada 2015

  • czwartek, 19 listopada 2015
I nie zinterpretujcie mnie źle, nie chodzi o to, jak odegrać cudownie realistycznego LARPa w świecie komiksów Moore'a. Ostatnimi czasy sporo ludzi, zwłaszcza młodych i względnie zainteresowanych komputerami, ma możliwość poczuć się jak bohater w masce Guya Fawkesa, głównie za sprawą głośnej akcji Anonymous przeciw Daesh - #opParis. Zapowiedziało ją powszechnie publikowane przez masowe media wideo. Atmosferę dodatkowo podgrzały opublikowane między innymi na The Hacker News wieści o poradnikach dla niedoświadczonych, którzy mogą włączyć się w walkę przeciw terrorystom: The Noob Guide, Twitter Reporter i Search Terms.


Przed założeniem fikuśnej maski, radosnym załadowaniem nieznanych skryptów na swój komputer, zalajkowaniem wszystkich kont na FB i Twitterze ze słowem "Anon" w nazwie (oczywiście z krzykiem, że znajdujesz się za dziesięcioma proxy - co najmniej) warto jednak przystanąć na chwilę i zastanowić się, czym tak naprawdę jest ta przeniesiona do naszej rzeczywistości fantazja. Bo - niestety - nie tylko krucjatą w imię sprawiedliwości i obrony niewinnych. To znaczy, tym również, ale w porównaniu do komiksów i filmów, rzeczywistość jest brzydka.

Ryzykujesz wiele. Wygrywasz tylko trochę. To prawdopodobnie najważniejsze, co warto sobie uzmysłowić. Anonymous są w mediach przedstawiani jako zorganizowana grupa, de facto cyber-terrorystyczna, chociaż niekiedy walcząca w słusznej sprawie. Przeciętny obserwator pamięta ich prawdopodobnie z protestów przeciwko ACTA. W rzeczywistości to zdecentralizowany ruch i zarazem środowisko, które wcale nie ma ochoty uczyć każdego neofity swoich ścieżek. Akcje, o których Anoni mówią otwarcie, mają na celu głównie znajdowanie i zamykanie kont związanych z Daesh na serwisach społecznościowych. Jeżeli gdzieś snute są plany spektakularnego ataku DDoS, to prawdopodobnie w deep webie, gdzie mało kto dotrze i naprawdę nikt nie ma interesu w tweetowaniu na ten temat zupełnie przypadkowym ludziom. Jednocześnie Anoni w swoich kolejnych informacjach dość jasno oświadczają - popierasz #opParis na własną odpowiedzialność, twoje życie może być zagrożone. Ostatecznie przeciwnikiem nie są przerysowani złole, tylko organizacja, która zabiła tylko w zeszłym tygodniu setki ludzi.

Twoi wrogowie są źli. Twoi przyjaciele niespecjalnie lepsi. Umówmy się - nie mamy do czynienia z rycerzami w lśniących zbrojach, tylko z grupą, która narodziła się na 4chanie, ma całkiem spore grono członków aresztowanych za różne przestępstwa i generalnie naprawdę nikt nie ma powodu uważać, że jeśli wbijesz sobie w okupowane przez nią zakątki internetu, to twoje hasła i dane bankowe nie znajdą się dziwnym trafem na jakimś hakerskim forum. Zwłaszcza, jeżeli nie masz pojęcia, co robisz, a spore grono osób, odzywających się do Anonów w mediach społecznościowych czy na ich kanale IRC, wyraźnie go nie ma. Jasne, że wspólny wróg, jasne, że czemu ma paść akurat na Ciebie, ale...

Za maską kryć może się każdy. KAŻDY. Każdy może powiedzieć, że jest Anonem, każdy może nim być, ale generalnie anonimowość jest tu bronią obosieczną. Różne kanały społecznościowe szczują na siebie nawzajem, podejrzewając się o członkostwo w Daesh; mnożą się czaty i istnieją podejrzenia, że przynajmniej część należy do terrorystów i ma na celu zdobycie danych osób, które próbują poprzeć #opParis. Jak już pisałam, nie istnieje żadna oficjalna lista Anonymous, ciężko nawet uznać ich za ugrupowanie - to po prostu zdecentralizowany, bardzo niejednolity ruch bez jasno określonej ideologii, kryjącym się za memem o twarz Fawkesa i czasem łączący siły we wspólnym celu. We are Legion. We do not forgive. We do not forget. Expect us. - to wspaniały slogan, ale warto też pamiętać, że w przeszłości Anonymous po pierwsze się mylili, po drugie część z nich działała raczej w imię chaosu niż sprawiedliwości. Warto weryfikować bardzo ostrożnie wszystko, co publikowane jest przez rzekomych Anonów.

Skoro już masz tę cholerną maskę, nie zapomnij o kamizelce kuloodpornej. A na poważnie. Przed rozpoczęciem zabawy w "hakiera", warto pobawić się w bezpieczeństwo. VPN nie gryzie. I zaklej pieprzoną kamerkę w laptopie. Podstawowa zasada pierwszej pomocy - martwy nie przydasz się nikomu na nic. Także w informatyce stosowanie się do tego może uratować prywatność, dane, środki na koncie i psychikę. Schodząc w mroczne zakątki internetu, po prostu trzeba być ostrożnym, nie wspominając o schodzeniu gdzieś głębiej. Także ściąganie na swój komputer podejrzanych programów i plików to prosta droga to znalezienia się w tarapatach i - nawet nieświadomym - przyłożeniu ręki do łamania prawa. Nikt, kto nie jest w stanie zweryfikować działania i legalności, przykładowo, skryptów, nie powinien ich używać

Nie musisz zostawać piratem, żeby żeglować po morzach, czy też, mówiąc mniej poetycko, naprawdę nie musisz nikomu udowadniać swojej niechęci do terrorystów poprzez branie udziału w cyber-wojnie. Łatwo wpaść w pułapkę oskarżania innych, że nic nie robią lub robią za mało, ale prawda jest taka, że każda metoda sprzeciwu jest równie dobra, a do braku aktywnego sprzeciwu również wszyscy mamy prawo. Paląc świeczkę przed ambasadą, szerząc ważne informacje o zbrodniczej ideologii terrorystów, czy po prostu zastępując w swoim słowniku ISIS na Daesh (przyczyny tej językowej wojny wyjaśniono już w wielu miejscach: BAM i BAM), dokładasz swoją cegiełkę do walki wcale nie mniej skutecznie, niż przeszukując Twittera w poszukiwaniu kont szerzących propagandę.