:::: MENU ::::

środa, 27 stycznia 2016

  • środa, 27 stycznia 2016
I uważam, że Marsjanin to najlepszy film roku 2015.


Łączy mnie z science fiction miłość trudna i skomplikowana. Niby mamy ze sobą zupełnie po drodze, ze względu na mój raczej ścisły umysł i wybrany zawód. Niby rozumiem (w większości) nawet najtwardsze sf eksplorujące największe zadupia fizyki kwantowej. Niby mój debiut to science fiction (Wilk wśród jagniąt bez wątpienia, a i Niewolnik eksploruje raczej obszary zarezerwowane dla tego gatunku).

A jednak jakoś nie mogę. Pisanie mi nie idzie, filmy mi nie siadają, nad książkami kręcę głową i marudzę.

Marsjanin teoretycznie bardzo chciał, żebym go nie polubiła. Nieodległa planeta, na której nic nie ma (okej, jest pustynia, tu plus). Trzymanie się wizji nauki stosunkowo bliskiej temu, co znamy dzisiaj, a więc wywrotowych idei brak. Poza tym, sądząc po książce - ten film miał być zabawny.

A przecież po raz pierwszy, kiedy wyszłam z kina i zapytano mnie, jakie mam odczucia co do filmu, odpowiedziałam po prostu: "Podobało mi się".

Podobała mi się wizja zapracowanych, po uszy zarobionych, cudów dokonujących inżynierów, co to niby przewracają się o własne nogi, ale ściągają ludzi z kosmosu.

Podobał mi się Matt Damon w ładnej, po prostu ładnej roli człowieka, który patrzy w oczy śmierci, ale nie zamierza siedzieć i się egzaltować jakoby Mickiewicz na kamieniu, lecz naprawdę próbuje przetrwać. Z humorem i odwagą.

Podobały mi się w tle rozgrywane gierki w NASA, gdzie ludzie jakby na przekór trendom postanowili jednak pozostać ludźmi i nawet jeśli przez chwilę wątpi się w ich dobre intencje, to stosunkowo szybko mija.

Podobała mi się wreszcie wiara w to, że ten ogromny kosmos może jest wielki, zimny i nie ma w nim co jeść, ale w gruncie rzeczy jest wyzwaniem jak każde inne, wyzwaniem któremu da się sprostać.

Jednym słowem - ten film przywrócił mi wiarę w kosmos, czego nie zrobił ani Prometeusz, ani Interstellar, czego dużo wcześniej nie dokonał odświeżony Star Trek. Po raz pierwszy od dnia, gdy obejrzałam Gwiezdne Wojny, a zaraz potem stare ST, znowu pomyślałam o przygodach w gwiazdach. O stawianiu czoła wyzwaniom, a nie o groźnym bezmiarze.

Cieszę się, że ten film ma szansę zgarniać nagrody jako komedia. Nie dlatego, że nie jest to bzdurne, ale ponieważ DiCaprio jeszcze nie dostał zaległego Oscara za Django. Marsjanin może nie zdobędzie uznania w oczach jury Oscarów - to specyficzne towarzystwo - ale nikt nie zabroni mi kibicować. I będę kibicować właśnie Marsjaninowi.

Bonus track: Przyszły inżynier w trakcie sesji.