:::: MENU ::::

niedziela, 3 stycznia 2016

  • niedziela, 3 stycznia 2016
Krótkometrażówki są stosunkowo popularne, ponieważ jak pokazuje przykład wybitnego 9, można czasami się na nich wybić, nie inwestując aż tak wielkich środków jak w film pełnometrażowy. Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy, nie każdy pomysł stanowi od razu materiał na takowy. Niestety, wśród wielu wybitnych, klimatycznych szortów, trafiają się też zupełne przeciętniaki.

Jednym z takowych jest Slimtime - krótkometrażówka, którą najlepiej opisuje zwrot "nic wielkiego". Opiera się na próbie przekazania czegoś, co mówiono już wielokrotnie i nie jest w stanie uczynić tego w oryginalny, zachwycający dla oczu sposób. 

Może trochę zawinił tu sposób animacji, może brak pomysłu na wypełnienie nawet tak króciutkiego czasu. Zacznę od tego pierwszego. Inspiracja pracami DreamWorksa i Pixara jest wyraźna w sposobie animowania ludzi, przestrzeni, nawet w doborze kolorów. A jednak, mimo tej dziecinnej nieco, słodkiej oprawy, tematyka odpływa w zupełnie inne regiony. Jedno nie uzupełnia drugiego.

Slimtime porusza bowiem, po raz kolejny, tematykę niedoskonałości kobiecego ciała, można nawet spłaszczyć jego morał do "nic złego w byciu grubym, skoro ktoś cię takim kocha". Naprawdę. Nie byłoby nic złego w takim morale, gdyby nie fakt, że dotarcie do niego zajmuje dziewięć minut, wypełnionych głównie scenami bez znaczenia. Oglądając Slimtime, starałam się w kolejnych pomieszczeniach odchudzającej kliniki, gdzie dzieje się akcja, znaleźć symbole, które pomogłyby mi w interpretacji zakończenia. Cały ten wysiłek poszedł na marne, bo nawet jeśli pewien ograniczony symbolizm i trochę narracyjnych tropów da się wyłapać, zakończenie jest oczywiste, a temat zupełnie niepogłębiony.

Krótkometrażówka nie ma też jakiegoś konkretnego klimatu. Niektóre elementy kliniki przywodzą na myśl Charliego i fabrykę czekolady, jest to jednak porównanie mocno na wyrost. W Slimtime brak porywającej muzyki, estetyki z charakterem, nawet sama animacja jest mało oryginalna.

Slimtime dowodzi, że nie każda krótkometrażówka musi być od razu arcydziełem. To nudny przeciętniak, z takim sobie przesłaniem. Mimo że krótki, momentami przynudza, zwłaszcza gdy w końcu zdamy sobie sprawę, że większości scen w ogóle moglibyśmy nie oglądać bez szkody dla Slimtime. Nawet morał jest niespecjalnie ciekawy, ponieważ to śpiewka, którą słyszeliśmy już setki razy.