:::: MENU ::::

niedziela, 24 stycznia 2016

  • niedziela, 24 stycznia 2016
Tytuł posta jest obiecujący, niemniej fragment, który mam dzisiaj do zaprezentowania, obietnicą nie jest. Wręcz przeciwnie. To kawałek powieści, prace nad nią wrą (no dobrze, pełzną), ale... w zaciszu mojego domu. Jednym słowem - nikt tego jeszcze nie widział, nikt o tym jeszcze nie słyszał, nikt nawet wydania tego jeszcze nie rozważał. Czyli treść naprawdę ekskluzywna, oby nie pozostała taką na zawsze.

Brnęli przez cud stworzenia, odczłowieczeni ciężarem bagaży, które powinny nieść bydlęta, umęczeni chłodem i nierównościami drogi. SroWekh zagryzał zęby ze zgrzytem, starając się skupić na otaczającym go pięknie, nie na cierpieniu. 
Strażnicę wzniesiono na szczycie stromej góry, z jej niemal pionowej powierzchni zejść dało się tylko stromą, śliską ścieżką. Posypano ją popiołem, co zwiększyło bezpieczeństwo, ale marsz w dół wyczerpywał. Między poszarpanymi graniami zalegał śnieg, zmarznięty, twardy niczym skała. Ciemne szczyty, okutane w lód i białe czapy, górowały nad SroWekhem i Yin jak cień boga. Wiatr niekiedy podrywał tumany śnieżynek, ciskając je brutalnie w twarze wędrowców. 
SroWekh szukał wzrokiem miejsc, gdzie zgodnie ze słowami kapitana, Yin mogłaby się ukryć przed Nocnym Plemieniem lub żołnierzami. Nie widział nic takiego. Na wszystkie strony rozciągała się biel, jakby Pierzasty Wąż obrzucił tę krainę swym puchem. Teren wznosił się i opadał, falował, otwierał w zdradzieckich rozpadlinach, straszył podejściami. Ku uldze SroWekha, schodzili w dół. Nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł sprostać niektórym stromiznom. 
Yin prowadziła, jej szybki krok oznaczał prawdopodobnie chęć pozbycia się SroWekha, marzyła o porzuceniu go w górach i ucieczce ze złotem. Nadążał, pewien, że nie na długo starczy jej sił. Macała kijem przed sobą, zgięta pod ciężarem bagażu. Stawiała nogi pewnie, ale pozór pośpiechu, siły i doskonałej orientacji znikał, gdy przystawała niekiedy, zagubiona wśród niepojętego majestatu gór. SroWekh wykorzystywał te chwile zawahania, by nadgonić. Dziękował w duchu Pierzastemu Wężowi, że przynajmniej niekiedy bóg przemawia do Yin, dając jej odczuć ludzką małość. Jednocześnie modlił się, aby ślepa dziewczyna nie doprowadziła ich obojga do zguby. Jej wątpliwości z jednej strony pozwoliły SroWekhowi nie tracić z oczu przewodniczki. Z drugiej, dowodziły tego, co i tak widział – nie całkiem wiedziała, dokąd iść. 
Nie znajdował innego wyjaśnienia dla tego, że miast kierować się prosto w dół, to wspinają się w górę, to znów schodzą do jarów. 
– Zgubiliśmy się, prawda? – spytał, zdyszany, gdy znowu wdrapali się na zaśnieżony grzbiet, otoczony znacznie potężniejszymi masywami. Wilgoć oddechu skropliła się na grubym szalu, który naciągnął na twarz. – Po prostu nie wiesz, dokąd idziemy. 
– Na południowy-wschód – odrzekła Yin. 
Najwyraźniej uznała rozmowę za skończoną, bo ruszyła w stronę zejścia. Śnieg usypał się jej spod nóg. Uginając kolana, zsunęła się kawałek wraz ze śnieżną zadymką. Podążała dalej, ignorując subtelne ostrzeżenie, którego udzielił jej w ten sposób los. SroWekh nie miał innego wyjścia niż ruszyć za nią, skoro podróż w takim właśnie towarzystwie przeznaczył mu Pierzasty Wąż jako test odwagi i tolerancji. 
Mylnie odczytał dany mu przez boga znak, bo to nie Yin, ale on miał zostać ostrzeżony. Po kilku krokach, jego stopa trafiła na wyślizgany kawałek lodu, przysypany cienką warstwą zmarzniętego śniegu. SroWekh zamachał rękami, ale na próżno. Stracił równowagę i runął na bok, po czym zaczął się staczać w skrzącej, śnieżnej zadymce. Widział biel, błękit, a potem znowu biel, sunąc po stromiźnie. W końcu wytracił rozpęd i zatrzymał się, leżąc na boku. Oblepione śniegiem dłonie szczypały i paliły, jakby zamiast mrozu doskwierał im ogień z paszczy Złego. 
Kapłan wstał chwiejnie na nogi, walcząc z zawrotami głowy. Postąpił krok, by przekonać się, że Pierzasty Wąż nie skończył poddawać go próbie odwagi. Śnieg pod jego stopą zapadł się. SroWekh wrzasnął, wpadając w głęboką zaspę. Obawy, że skończy uwięziony pod śniegiem, na szczęście okazały się próżne, bo ten sięgał mu do pasa. 
Obejrzał się na Yin, która zbiegała ku niemu lekko, od czasu do czasu niemal kładąc się na bok, gdy śnieg uciekał jej spod nóg. 
– Uwaga – powiedział Sarethan cicho i ochryple, przez zbolałe gardło. 
Yin pisnęła cicho, zapadając się w śnieg obok niego. Chwilę miotała się rozpaczliwie, próbując ponownie wydostać się na twardą, zmarzniętą skorupę. Podobnie musiała szarpać się przez całe życie, uwięziona w lepkiej sieci grzechu i nieświadomości. I tak jak w życiu, zrezygnowała w końcu z walki, by przebrnąć w zaspach kilka kroków. Biedne stworzenie, uwięzione w nicości przez istoty podobne kapitanowi. 
Teraz tkwił w niej także SroWekh. Los trzymał go po stronie bezwartościowej pustki, a zaspa na miejscu. 
– Nie drzyj się – powiedziała do niego cicho Yin, zaciskając drobne palce na jego ramieniu aż do bólu. – Bo zejdzie lawina. 
Z trudem ruszyła w poprzek kotliny, przedzierając się przez śnieg. SroWekh jęknął cicho i powlókł się po jej śladach. Z ulgą stwierdził, że najcięższym etapem marszu było wydostanie się z pułapki, w którą wpadł. Pomny na ostrzeżenia Yin, rozejrzał się. Śnieżne czapy, zwieszone nad zagłębieniem, zdawały się unieruchomione tylko wolą boską. Jedno słowo Pierzastego Węża mogło strącić je w dół i zmieść falą śniegu oraz skał dwie ciemne sylwetki ludzi, zmierzające przed siebie z wytrwałością mrówek. 
Zanim dotarli do stromej ściany, Yin dyszała ciężko, najwyraźniej ta podróż w końcu przerosła jej siły, tak jak podejrzewał SroWekh. Nie mógłby jednak zostawić dziewczyny samej, dlatego stwierdził: 
– Możemy odpocząć. 
Przydałoby się to nawet jemu, bo od marszu przez śnieg ciało miał śliskie od potu i odczuwał gorąco, po prawdzie będące w tej lodowej krainie darem Pierzastego Węża. 
– Rozejrzyj się za jaskinią – poleciła Yin, zadzierając głowę z dumą, która nie pozwoliła jej przyznać się do porażki. 
– Jaką jaskinią? 
– Wejściem do jaskini – wyjaśniła zniecierpliwionym tonem. – Jest gdzieś tutaj. 
SroWekh zadarł głowę, spoglądając na śnieżny jęzor, ten palec boga, wiszący nad nimi. Później zaczął przyglądać się skale, wśród lodu i śniegu usiłując wypatrzeć jakikolwiek otwór. W końcu go zauważył – był po lewej, do połowy przysypany, obiecywał przynajmniej chwilowe bezpieczeństwo. 
– Jest tam – powiedział kapłan, złapał Yin za szczupłe przedramię i pociągnął w odpowiednim kierunku. 
Góry pękły z grzmotem, od którego zadrżała ziemia. SroWekh zamarł, oczekując, że z któregoś z rozdartych od wewnątrz gigantów wyłoni się sam Zły. 
– Szybko! – sapnęła Yin. 
To nie wróg wszelkiego światła nadchodził, tylko od wschodniej ściany odpadł ogromny kawał zlodowaciałego śniegu i runął w dół kotliny, porywając skały. Wbił się w miękki śnieg jak ostrze kolosalnego topora. Zamiast fontann krwi podniosła się zadymka. 
– To nie nad nami – uspokoił SroWekh. – Dziękujmy Pierzastemu Wężowi, chciał tylko pokazać nam potęgę żywiołu, nie zmieść nas z powierzchni świata. 
– Zmiotłoby nas – potaknęła Yin. – Bo stałeś jak kołek. 
Postanowił nie komentować jej złośliwych słów, musiała odreagować strach i napięcie. Dobrnęli do jaskini, wsunęli się do środka i Yin natychmiast zaczęła otrzepywać się ze śniegu. W jej ruchach była agresja, wywołana zapewne stresem, ale przynajmniej przestała ciężko dyszeć. 
– Możemy tu rozbić obóz – stwierdził SroWekh. 
Yin zignorowała go, położyła dłoń na ścianie i zaczęła iść przed siebie. Potknęła się kilkakrotnie, zupełnie nieświadoma, że w swoim manifeście niepotrzebnej złości jest zwyczajnie nieudolna. Kapłan ruszył jej tropem. Za pierwszym zakrętem, gdy ogarnęły ich ciemności, również musiał położyć dłoń na ścianie. Była wilgotna i nierówna, najeżona zębami ostrych nierówności. W dodatku aż nazbyt łatwo było uderzyć w coś boleśnie stopą lub stracić równowagę. Nie powinno się przechodzić przez takie miejsca. Nawet człowieka silnej wiary osłabiały, odbierając mu zmysły, którymi mógł postrzegać boskie dzieło. SroWekh został zezwierzęcony do poziomu Yin, wdeptany w moralną nicość jej i kapitana. Zaciskał zęby, drżący, zlany potem, walcząc ze strachem przed pustką. Ona wszak nie istniała, bo wszystko, każdy załom, każdy skrawek ciemności, pełen był Pierzastego Węża. Brnąc przez mrok we wnętrzu góry, Mówca ciągle mógł liczyć na jego opiekę. 
Droga dłużyła się niezmiernie pomimo modlitw, które zaczął szeptać cichym głosem. Wpadł w dziurę i przygryzł sobie język, lecz to było próżna próba uciszenia go ze strony Złego. Z imieniem Pierzastego Węża na ustach, dzielnie kroczył przed siebie, do światła, w którego istnienie tak łatwo dało się zwątpić w trzewiach skalnego masywu. Godziny wlokły się, rozciągnięte w nieskończony czas próby, aż wreszcie SroWekh ujrzał wyjście. Na jego ciemnoniebieskim tle odcinała się słabo sylwetka Yin, ostatni sługa ciemności. Dlaczego dziewczyna nie miałaby być kimś takim? Nie mogła wydostać się z mroku, który cały czas ją otulał, a gdy ktoś zbyt długo spogląda w oblicze Złego, sam zostaje przeniknięty jego wzrokiem. 
– Noc – stwierdził SroWekh, gdy znalazł się w końcu przy wyjściu. Zdał sobie sprawę, że we wnętrzu góry było zdecydowanie cieplej. Zawinął się w płaszcz. Odbijające się od śniegu światło gwiazd nawet noc czyniło jaśniejszą, bardziej przyjazną dzieciom Pierzastego Węża. – Pięknie tutaj – dodał. – Widać, że to miejsce dotknięte błogosławieństwem Pierzastego Węża. 
Znajdowali się w zawalonej śniegiem dolinie o łagodnych zboczach. Z jednego z nich zwieszał się ogromny lodowiec, wyróżniający się błękitnawą barwą. Zupełnie, jakby przychylne bóstwo nadało mu kolor, aby mógł służyć za drogowskaz. Na niebie gwiazdy skrzyły się, chciały udowodnić śnieżynkom w dole, że mają więcej urody. 
– Letnie Leże znajduje się w podobnej dolinie – ciągnął SroWekh, nie bacząc na odgłosy krzątaniny za swoimi plecami. – Oczywiście, nie ma tam śniegu, a wszędzie dookoła zamiast grani piętrzą się drzewa. Ale to wspaniałe miejsce, jedno z tych, które Pierzasty Wąż musiał szczególnie ukochać, tak jak tę tutaj dolinę. Wokół Letniego Leża ciągną się łąki, najwspanialsze na świecie. Wiosną kwitną porastające je rośliny i cała dolina wygląda jakby przystroiła się na chwałę boga. Tak. – Westchnął głęboko. – Dolina lodu i dolina kwiatów. Obie bardzo piękne. Być może nawet ciebie dotknie łaska zrozumienia prawdy, gdy zobaczysz tamte wspaniałe łąki. 
Yin zaśmiała się ochryple i SroWekh nagle powrócił do ponurej, zimnej rzeczywistości. Przebiegło go drżenie, gdy lodowaty wiatr wymierzył mu cios przez ubranie, upominając za nieprzemyślane słowa. 
– Przepraszam – powiedział Mówca. – Nie chciałem ci przypominać, że prawdopodobnie nic nigdy nie zobaczysz. 
Odwrócił się, by zobaczyć, że Yin rozstawiła u wylotu jaskini niewielki namiot z drewnianych tyczek i sarnich skór, zdążyła też wpełznąć do tego schronienia. Mościła się teraz, oczywiście niepomna na wspaniałość, jaką tchnęło miejsce ich postoju. Nawet podniosłe słowa SroWekha nie przeniknęły do jej zatwardziałej duszy. 
– Nie ma za co – odrzekła jednak, więc być może słuchała. 
Mówca z trudem zrzucił bagaże, które wylądowały w śniegu, by w ramach kary za niedbałość musiał wyrwać je z zaspy. Na kolanach, zgięty wpół, upokorzony koniecznością klękania przed czymś innym niż majestat Pierzastego Węża, dostał się do namiotu. Kiedy wciągnął do niego również wypchany plecak, wnętrze zrobiło się ciasne. SroWekha drażniła zwłaszcza bliskość Yin, która zzuła buty, zawinęła się w koce i zamknęła oczy. Nie widziała nic zdrożnego w przebywaniu w jednym namiocie z obcym mężczyzną. Mówca utwierdził się w przekonaniu o naturze jej samotnych pogawędek z kapitanem. Tacy właśnie byli ludzie, którzy nigdy nie doznali boskiej łaski lub wręcz ją odrzucili. Zepsuci, pozbawieni zahamowań, leżeli rozwaleni jak wieprze wobec obcych. Jako Sarethan, SroWekh nie był podatny na podobne pokusy ze strony innych ras. Dziękował za to Pierzastemu Wężowi, klęcząc pochylony w przód ze względu na niskość namiotu. Odmówiwszy modlitwę, owinął się własnym kocem, sztywnym i wilgotnym, po czym ułożył się jak najbliżej bagaży i jak najdalej od Yin, przez co dzieliła ich długość palca. 
– Przeszliśmy już granicę? – upewnił się. 
– Nie – odrzekła Yin. 
W czasie, gdy się modlił, ona zaspokajała przyziemne potrzeby ciała. Żuła suchara z zapasów, które dał im kapitan, chleb chrupał głośno w jej zębach. 
– Jak to nie? Zrobimy to jutro? 
– Raczej nie. 
– Zgubiliśmy się? 
– Wolno chodzisz. 
– Ja? – oburzył się SroWekh. – Ja wolno chodzę? To ty bez przerwy się zatrzymujesz i... 
– Czekam na ciebie. 
Nawet nie raczyła się do niego odwrócić, gdy rozmawiali, więc wobec takiej nieuprzejmej postawy SroWekh zrezygnował z kontrargumentu. Nie zdążył jednak zastanowić się, czy stwierdzenie Yin miało jakiekolwiek uzasadnienie we wszystkim, co się zdarzyło. Powieki skleiło mu zmęczenie i zapadł w głęboki sen, w którym skąpane w słońcu łąki kołysał ciepły, przyjazny wiatr. 
Budził się powoli, z oporami, bo wyrywano go z objęć boga. Dotyk jego miękkich piór zachęcał do dalszego snu. Poklepywanie w twarz wydawało się przytłumione, odległe, jakby ciosy z krainy śmiertelnych traciły na sile w słodkim Niebycie. 
– Mówco! Mówco! Mówco! 
– Odejdź – szepnął SroWekh. Rękę, którą próbował nakreślić w powietrzu koło, święty znak Pierzastego Węża, miał ciężką. – Odejdź, maro, pozostaw mnie tutaj, w szczęściu. 
– Chyba w grobie – prychnęła Yin. 
Chwyciła jego ręce i zaczęła je pocierać mocno między swoimi, aż SroWekh poczuł pieczenie skóry, podobne do tego zadawanego przez święty ogień. Powoli otworzył oczy, żeby zobaczyć nad sobą Yin. Pochylała się, jej ślepe, nieruchome oczy sprawiły, że przez ułamek chwili zastanawiał się, czy dziewczyny nie opętał Zły. Widział z bliska jej owalną twarz, w której obce mu rysy mieszały się z tymi charakterystycznymi dla Febupolis. Nieco wąskie, szeroko rozstawione oczy, drobny, płaski nos, wydatna dolna warga, tak typowe dla rasy ludzi, z którą Sarethanie najczęściej musieli walczyć. Potomkini tych, którzy wznieśli Wielki Wschodni Mur i zza niego atakowali Kraj Wschodzącego Słońca. Wróg, który miał poprowadzić SroWekha do jego ukochanej doliny kwiatów na rozkaz Kahrańczyków. Jak przedziwnie splotły się ich losy! 
Zdał sobie sprawę z zimna, które Yin starała się odgonić, okrywszy go dwoma kocami, przyciskając się do niego, trąc te dłonie. To nie Pierzasty Wąż, lecz wychłodzenie otumaniło go wizjami, dzięki którym tak chętnie poddawał się śmierci. Gdy SroWekh to zrozumiał, serce zabiło mu nieco szybciej, ożywione strachem, pompując w ciało ciepło. 
– Nie ma drewna – powiedziała Yin. – Naprawdę źle znosicie zimno. 
– Bardzo źle – przyznał SroWekh. – Potrzebuję słońca. 
– Grzeje dzisiaj. 
Zeszła z niego, najwyraźniej skoro mógł już mówić, nie był dłużej wart zainteresowania. W kończynach wciąż czuł przejmującą słabość, ciążyły mu, jakby zamarzły aż do kości. Odsunął koce i chwiejnie wydostał się na słońce, przy okazji odkrywając, że boli go chyba każdy mięsień. 
Lodowiec jaśniał błękitnawo, skąpany w blasku, podobnie jak czyste niebo nad głową SroWekha. Zmrużył bursztynowe oczy, objął się mocno ramionami, bo ciągle dygotał pomimo grubego płaszcza. Nierozsądnie odrzucił dar od losu, jakim były koce, postanowił jednak nie poddawać się żalowi. Postąpił kilka kroków, w duchu ciesząc się, że nie zdjął na noc butów z powodu zmęczenia, czy może raczej boskiego podszeptu. Chociaż ten kahrański wynalazek, niedopasowany do sześciopalczastej stopy Sarethana, był sztywny, obcierający i niewygodny, przynajmniej uchronił przed odmrożeniem. Chociaż poruszanie palcami sprawiało SroWekhowi pewną trudność, bo wyziębły zupełnie. Mówca w ogóle czuł się, jakby cały życiodajny żar wyssał z niego Zły. 
Śnieg był tutaj na poły zmarznięty, miejscami jednak stopy zapadały się głęboko, natrafiając na luźniejsze miejsca, pułapki grzechu w pozornie łatwej drodze. Podczas gdy SroWekh przechadzał się, regenerując siły utracone w starciu z naturą, Yin zwijała obóz. Zrolowała koce oraz namiot, przytroczyła wszystko do bagaży. SroWekh obejrzał się na nią, po raz pierwszy porównał przygotowanie dziewczyny z własnym. Ona miała broń, on nie. Ubrana była w gruby płaszcz z wełny. Owca, której ją zawdzięczała, musiała być bardzo brudnym egzemplarzem. Pod tym płaszczem miała również wełniane odzienie, na głowie kaptur, dolną część twarzy owiniętą grubą, płócienną chustą, spłowiałą na szaro. Buty, które początkowo wydały się SroWekhowi ręcznie szyte, w istocie były jeszcze prostsze. Yin zwyczajnie owijała nogi skórami i dowiązywała drewnianą podeszwę, przeciągając rzemienie między palcami na modłę Febupolis oraz sznurując je na łydkach. 
Jego przewodniczka wiedziała, że przyroda, która tak zwiodła SroWekha swym wspaniałym pięknem, to żaden dar od boga. Ten zamrożony, biały świat w istocie był dziełem Złego, sprytnym, bezlitosnym zabójcą. Mówca nie miał wątpliwości, że nie wystarcza podłym siłom, iż prawie zamarzł żywcem. Śnieżna kraina pragnęła go zamordować, ale on nie zamierzał się poddać. Będzie walczył w imię Pierzastego Węża! Zdjął z szyi gruby szal, naciągnął kaptur głębiej na czoło, a później znowu owinął gardło i twarz. 
Gdy Yin podała mu bukłak, zdał sobie sprawę, że jest nie tylko spragniony, ale też śmiertelnie głodny. Sięgnął do bagaży i wyjął suszone mięso oraz suchara. Wieczorem nie zjadł kolacji, teraz mógł więc spożyć więcej z zapasów od Kahrańczyków. Dziękował za to Pierzastemu Wężowi. Stwierdził jednak z przykrością, że Yin, o której już zaczynał myśleć dobrze, podzieliła sprawiedliwie suchary i twarde mięsiwo, ale nie cenne konserwy. A przecież dostali ich od kapitana całkiem sporo. Cóż, mógł spodziewać się po tej ubogiej duchowo istocie, że przywłaszczy sobie smakołyki. Przywykły do ascezy i postów SroWekh mógł spokojnie wyżyć na niewielkiej racji. 
Yin jadła bardzo powoli, podczas gdy on łykał całe kęsy, skończyli więc w miarę równo. Spała z bukłakiem pod kocem, ale woda SroWekha zamarzła, dlatego dała mu się napić od siebie. W krainie Złego akurat wody nie brakowało, zupełnie jakby mroczne bóstwo w swym okrucieństwie lubiło przedłużać agonię ofiar. Zbyt łatwo byłoby je uśmiercić czymś tak pospolitym jak pragnienie. 
Kapłan obawiał się, że przyjdzie im walczyć z siłami opętanej natury w czasie wspinaczki po zdradliwej powierzchni lodowca. Yin poprowadziła ich jednak bezpieczniejszą drogą, ku gardzieli doliny. Za nią rozciągała się następna, równie piękna, równie okrutna. Śnieg trzaskał pod nogami, jakby zapowiadał rychłą śmierć. Gdyby góry zebrały dość sił, by posłać w wędrowców zamieć lub lawinę, zapewne bezlitośnie starłyby sługę Pierzastego Węża i jego przewodniczkę na proch. Powstrzymywała je jednak moc boga, którego opiece oddawał się SroWekh, gdy tylko miał siłę, by wymruczeć kilka słów modlitwy. 
Wychłodzenie i trudna wędrówka wśród nieprzyjaznej przyrody zrobiła swoje. Mówca wiedział, że nie może poddać się zaspom, chwytającym nogi w lodowaty, kurczowy uścisk. Śnieg oślepiał, aż łzawiły oczy, utrudniał marsz, a chłód gryzł w dłonie, które SroWekh rozpaczliwie starał się schować w rękawy. Niebo, jeszcze przed południem błękitne, z każdą godziną traciło kolor, stając się odrażającą, mleczną kopułą. Gniew Złego wsączał się w nie jak jad, zacierając ostatnie pozory piękna. 
Niezbyt stroma ścieżka zwiodła ich łatwością podejścia. W rzeczywistości oblodzona, niewyobrażalnie śliska, stała się przeszkodą niemal nie do sforsowania. Yin i SroWekh pięli się nią wolno, schyleni, co chwilę lądując na czworakach. Ale nie było łatwo złamać kapłana, a Yin, chociaż nieuduchowiona, znała podłe sztuczki Żelaznych Gór. Pochylali głowy, co chwilę klękali, przymuszeni do tego przez lód, niemniej szli do celu, którym okazał się grzbiet górski, niższy od masywów, jakie zostały za nimi. Powoli wychodzili z gór. Spoglądając na wschód, SroWekh widział, że nagie granie stopniowo ustępują miejsca kosodrzewinie, ta zaś przechodzi w sosnowy las. Na granicy wzroku dostrzegał nawet wieże, odcinające się od nieba ciemną barwą. Na wyniosłych basztach powiewały zapewne flagi, lecz Mówca nie dostrzegał takich szczegółów. 
– Yin? – wydyszał, niezmiernie ciekaw, czy naprawdę pojedynek z tym strasznym miejscem dobiega końca. – Czy to możliwe, że widzimy stąd zamki z Cesarstwa? 
– Nie wiem – odpowiedziała. – Są, ale daleko stąd. Jeżeli je widzisz, pogoda jest dobra. I twój wzrok. 
– Dziękuję. 
– Nie ma za co. 
Jej kij tonął w śniegu, stukał o kamienie, ostrzegał przed dziurami, w których łatwo było skręcić nogę. Dla kogoś, kto potrzebował takiego wsparcia, niewiele znaczył komplement, którym Yin obdarzyła SroWekha. Kilka słów, nie niosących zrozumiałej dla mówiącego treści, lecz wypadało okazać wyrozumiałość i podziękować mimo wszystko. 
Miejsce, które obrali na postój tego wieczora, nie stwarzało pozorów równie przyjaznych jak poprzednie. Namiot rozbili na zboczu, dość łagodnym, zagrzebując schronienie częściowo w zaspie. Chronił ich tutaj nawis skalny, który SroWekh sam wypatrzył, na polecenie Yin. Nim jeszcze wsunął się do wnętrza namiotu, kapłan popatrzył na ten wyniosły, szary cypel. 
– Broń nas przed lawiną, przed śnieżycą, przed blokami lodu, kamieniami i przed okiem Złego – wyszeptał. – Błagam cię, Pierzasty Wężu. 
Wszedł do namiotu. Yin siedziała w kucki na kocu, żując suszone mięso i przegryzając sucharami. SroWekh miał wielką ochotę ponownie paść na posłanie, zamiast tego jednak sięgnął po zapasy. Ssanie w żołądku i poranne osłabienie z głodu nie były czymś, co miał ochotę znów zastać ze świtem. Oczywiście pod warunkiem, że dotrwa w chłodzie do wschodu słońca. 
– Na wschodzie góry są niższe – zagaił. – Jest w nich także drewno. Byłoby nam cieplej. 
Yin nie odpowiedziała, dalej przeżuwając pokarm jak bezmyślna krowa, obojętna tak na swój, jak i cudzy los. Później napiła się wody i wyszła, zapewne za potrzebą. Tylko o tym potrafiła myśleć – o żarciu, piciu, oddawaniu moczu i wędrówcre przed siebie. Zwierzę, kierowane podłymi instynktami, dla niepoznaki odziane w ludzkie ciało. Jak wiele takich istot napotkał ostatnio SroWekh! 
Kapłan zawinął się w koce i zamknął oczy. Czuł niemal jak ciepło ucieka mu z kończyn, gdy osuwał się powoli na skraj śmierci, z którego już raz zawrócił. Tarł o siebie obtartymi stopami, próbował rozgrzewać w podobny sposób dłonie. Zmęczenie jednak dawało znać o sobie, oczy zamykały się same, napięte mięśnie rwały. 
Yin wróciła do namiotu, z szelestem wsunęła się do środka. Zasznurowała starannie wejście, a potem jak prawdziwa rybka wślizgnęła pod okrycia i przywarła do SroWekha. Narzuciła na nich koce. Kapłan, cały sztywny, jakby bliskość grzechu go sparaliżowała, czuł przez ubrania chude, kościste, bezwstydne ciało. Być może informowały go o tym nerwy, a może tylko wyobraźnia. Od Yin promieniowało jednak rozkoszne ciepło. 
– Pierzasty Wężu, proszę, daj mi siły – wyszeptał SroWekh błagalnie. 
– Zamknij się i śpij – burknęła na niego Yin. 
Leżeli chwilę, lecz dziewczyna tkwiła nieruchomo, najwyraźniej modlitwa SroWekha uwolniła ją od grzesznych myśli. Wciąż przyciskała się do niego, dzieliła ciepło między ich obojga. Kapłan poczuł się nim rozkosznie ukołysany. Może życiodajna energia płynęła z grzesznicy, powstrzymanej tylko mocą Pierzastego Węża. Z pewnością stanowiła jednak boski dar, który chronił, odpędzał strach. 
Po przebudzeniu okazało się, że nie tylko ciepłem Yin dzieliła się ze SroWekhem, ale i ślepotą. 
– Nic nie widzę – sapnął kapłan, trącany uporczywie przez Yin. 
– Widzisz. Tylko wszystko jest czarne. Jak to nocą – mruknęła. – Cicho. Słyszysz? 
Wycie niosło się w lodowato zimnym powietrzu, przez czerń nocy, w której SroWekh dostrzegał tylko białe obłoczki ich oddechów i niewyraźną ścianę namiotu. 
– Wilki – stwierdził. 
– Nie. Psy. Chwyciły nasz trop... cicho. Włóż buty. 
Chłód ukąsił Sarethana, gdy Yin podniosła się od jego boku. Usiadł, tak jak ona i z trudem znalazł buty. Zesztywniały z zimna, opornie nie chciały wejść na stopy, jakby życzyły mu śmierci lub biegu na bosaka, niewiele od niej różnego. Złożył dłonie do modlitwy, przycisnął je do czoła, bezgłośnie błagając Pierzastego Węża o opiekę. Jeszcze tylko trochę, ostatni raz. 
Cierpliwość bóstwa wyczerpała się w końcu. Nocną ciszę rozdarło wściekłe ujadanie, odległe, niosące się echem w straszliwej kakofonii. Wszystkie bestie, służące Złemu, przebudziły się na ten wrzask. 
– Na zewnątrz! – poleciła Yin. 
SroWekh wypadł z namiotu, nie oglądając się za siebie. Stanął na śniegu, zszokowany chłodem, bielą i ciemnością. Niebo zasnuły chmury, pojedyncze śnieżynki tańczyły w powietrzu, kpiąc z kapłana, któremu drogi nie rozjaśniały gwiazdy ani księżyc. 
Yin pokręciła głową na wszystkie strony, aż jej drobne warkoczyki uderzyły SroWekha w policzek. Chwyciła kapłana za rękę i pociągnęła przez śnieg. Nie biegli, w zaspach zakrawało to na niemożliwość. 
– Dokąd uciekamy? – SroWekh zachłysnął się zimnym powietrzem. 
– Nie uciekamy – sprostowała Yin. – Nie zdążymy.