:::: MENU ::::

środa, 6 stycznia 2016

  • środa, 6 stycznia 2016

Zaczyna się od tego, że dziewczyna szuka zabójcy swego ojca. Za broń ma połowę wielkich nożyczek. Jej wrogiem jest przewodnicząca samorządu liceum, w którym rządzi wojskowy dryl. Z kolei jako sojusznicy służą żywe ubranie, głupiutka przyjaciółka i jej rodzina, będąca zbiorem nieudaczników.

Tak poznajemy Matoi Ryukko, bohaterkę, która bez najmniejszych problemów wskakuje w buty głównej postaci anime, przynosząc ze sobą wszystkie cechy, zwykle charakterystyczne dla grających tę rolę chłopaków - młodość, gniew, dążenie do prawdy, nieugiętość i umiejętności walki. Wszystko odbywa się wśród plejady nagich ciał, damskich i męskich, fetyszy, leciutkiego sado-maso i krwi płynącej z nosa równie często jak w głupiutkich komediach ecchi.

Cały ten sztafaż, z początku absurdalny i może nawet odrzucający, dotyczy anime zaskakująco dobrego. Skończyłam oglądać je we wrześniu, ale do dziś występujące w nich postaci - zwłaszcza świetne, charakterne postaci kobiece - pamiętam. Podobnie jak niebanalną intrygę oraz najdziwniejszą inwazję z kosmosu, o jakiej słyszałam kiedykolwiek.

Można się kłócić, czy Kill la Kill wnosi nową jakość w anime per se, ale jest to z pewnością znakomity serial, który wiele typowych dla gatunku elementów zgrabnie odczarowuje. Prześmiewcze jest tu wszystko, od cycków po walkę o ocalenie świata, a jednak udało się w tym zawrzeć i wielkie emocje, i wciągającą fabułę. A przy okazji zdeptać garść stereotypów.

Obejrzałam naprawdę dziwne anime i nie sądziłam, że będę polecać je ludziom. Teraz mam problem z wyjaśnieniem im, dlaczego radzę, by obejrzeli serial o żywych ubraniach.