:::: MENU ::::

poniedziałek, 18 stycznia 2016

  • poniedziałek, 18 stycznia 2016
Patrick Ness rozwinął pomysł Siobhan Dowd w arcydzieło dla młodych i starych czytelników. Rzadko stawiam tezy równie odważne jak ta, ale w przypadku Siedem minut po północy nie mam najmniejszych wątpliwości. Wszystko w tej książce przepełnione jest artyzmem i mądrością. Urzekła mnie. Wsączyła się w moją duszę i wzięła ją na czas lektury we władanie.


Siedem minut po północy to baśń, osadzona we współczesnych dekoracjach, ale wypełniona mrokiem ze starych opowieści. Potwory są w niej dwa - ten prawdziwy, który nawiedza Conora, głównego bohatera i ten alegoryczny. Śmiertelna choroba matki. A oprócz tego patologie naszych czasów - nieprzyjazne środowisko szkolne, rozbita rodzina, babka daleka od stereotypu opiekuńczej wobec wnuków staruszki.

Są i patologie czasów dawnych, zamknięte w baśniach, które mamią oczywistością, by na końcu powiedzieć, że świat jest szary. Jak znakomite ilustracje, wymalowane czernią, bielą i rozmaitością ich mariaży. Jest w oprawie wizualnej Siedem minut po północy przesyt dawnych książek albo też misterium ilustrowanych opowieści dla dzieci, przesączonych przez filtr dusznej atmosfery.

Niezwykle rzadko w literaturze dla młodszych czytelników tak silnie jest pokazany brutalny realizm życia. Niesłuszność sądów nad sobą i innymi. Ambiwalencja świata, w którym żyją ludzie, a nie aniołowie, ludzie przepełnieni grzechem myśli, słów i czynów. Zwłaszcza myśli. Ta opowieść mami cudownym zakończeniem, by zadać jeszcze jeden cios. Nie ma cudów. Tak jak nie ma ludzi zupełnie niezłomnych i zupełnie czystych.

Ness wykonał kawał dobrej roboty. Rozwinął cudzy pomysł we wspaniały przykład sztuki. Ciężkiej i obciążającej, wspaniałej w sferze artystycznej, mającej ambicje, by w czytelniku wypalić trwały ślad. Więcej takich małych, mrocznych cudów.