:::: MENU ::::

piątek, 15 stycznia 2016

  • piątek, 15 stycznia 2016
Wiecie, kogo lubię prawie tak mocno jak Tarantino? Guillermo del Toro. Człowieka, który dał mi Labirynt Fauna - i chociaż nie oglądałam tego filmu od dość dawna, to kiedy sobie teraz o nim przypominam, chyba muszę znowu poświęcić chwilę na seans. Nieważne, że znam tam każdą scenę, ujęcie, każdą hiszpańską kwestię na pamięć. Jest bowiem filmografia całego świata i jest Labirynt.

Chociaż ja nie o tym. Ja o czymś znacznie lżejszym, chociaż może nie każdemu Blade właśnie taki się wyda. Lekki. Niedostatecznie obciążony. Pomimo tego, że w drugiej części już nie brakowało mi tego tak jak w pierwszej. Ponieważ del Toro. Spójrzmy prawdzie w oczy.

Umówmy się, to nie jest najlepszy plakat drugiej części Wiecznego Łowcy. Ale Snipes najlepiej wygląda właśnie na tym. A wszyscy kochamy czarnoskórych mężczyzn tą bezsensowną miłością, jaką mężczyźni czasem kochają Azjatki. Co, wy nie kochacie? Aha. No przykro.

Trochę wybiłam się z rytmu tej notki po dopisaniu dygresji pod powyższym plakatem... wracając do tematu.

To nie jest tak, że Blade: Wieczny Łowca uważam za film słaby, wręcz przeciwnie. Zważywszy jego wiek, zaskoczył mnie niesamowicie pozytywnie, szczególnie choreografią walk. Po rewatchu starej trylogii Gwiezdnych Wojen w wieku piętnastu lat mam jakiś uraz do filmów sprzed dwutysięcznego w tym względzie (pojedynek Obi-Wana z Vaderem naraził mnie na raka bardziej niż kilka lat palenia papierosów). Dobra była też muzyka i aktorstwo. Jednym słowem, udał się świetny film akcji, ale... no właśnie, nic ponadto. Umówmy się - tak zwane moralne obawy Blade'a to jakiś niesamowicie interesujący wgląd w psychikę nieumarłego nie jest.

Dwójka nie przyniosła szokującej poprawy w tym względzie. Przyniosła za to obraz patologicznie skopanych relacji rodzinnych, antagonistę, którego polubiłam, chociaż broda mu pęka na pół i Normana Reedusa, który urodził się, by grać łotrów zasługujących na nienawiść, a jednak kochanych. A także znacząco lepszy humor, równie dobre sceny walk i interesującą intrygę. Oraz najbielsze wampirze uśmiechy w galaktyce.

Więcej Snipesa. W sumie nie wiem, czego się spodziewaliście.

Jeżeli wierzyć obiegowej opinii - a w tym przypadku jej wierzę - najlepsze, co w filmowym Bladzie, mam już za sobą. Czy dostałam to, czego się spodziewałam? No nie. Czy zostałam pozytywnie zaskoczona? No tak. Z klasykami jest trochę tak, że ja naprawdę nie muszę o nich opowiadać i gdyby to był szanujący się blog recenzyjny, a nie osobisty dziennik dostępny publicznie ("fuck logic" w erze internetu jest pierwszym przykazaniem), w życiu bym się nie przyznała, że nie obejrzałam Blade'a przed dwudziestką. Jest jak jest, więc cieszcie się notką.