:::: MENU ::::

sobota, 9 stycznia 2016

  • sobota, 9 stycznia 2016

Kill Bill to absolutny klasyk, który ogląda się tym lepiej, im bardziej lubi się Tarantino i kino azjatyckie. Ten pierwszy jest bowiem mistrzem w robieniu rzeczy, które byłyby absolutną bzdurą oraz chłamem, wychodząc spod ręki kogoś innego. To drugie zaś celuje w patos, przerysowanie i widowiskowe sekwencje walk, czyli we wszystko, co Tarantino kocha i za co jest kochany.

Tę teorię zdaje się potwierdzać także fakt, że najlepsze rozdziały w Kill Billu to te najmocniej zakorzenione w kinie dalekowschodnim - Wielka jatka w Domu Błękitnych Liści i Okrutne nauki mistrza Pai Meia. Ile jest w tym nawiązań, smaczków, a także najpiękniejsze w całym filmie sceny, chociaż bycie estetycznie orgazmicznym jest prawdopodobnie pierwszą cechą filmów Tarantino.

A zarazem jest to tylko opowieść o zemście. Prosta fabuła w wykwintnym opakowaniu niechronologicznego podziału, znakomitej pracy kamery, dobrego aktorstwa i cudownych scen. Pokaz filmowego kunsztu, który coś zrobił z niczego, ale nie zdołał mimo wszystko zatrzeć pewnej banalności.