:::: MENU ::::

wtorek, 8 marca 2016

  • wtorek, 8 marca 2016
Film, który zaczął się nudno, rozkręcił znakomicie, a skończył jakoś tak bez sensu. Ale przynajmniej bardzo tarantinowsko. Django robi z amerykańskim niewolnictwem to, co Bękarty wojny z nazizmem. Jest drugim rozdziałem tej samej historii, w innej scenerii, z innymi bohaterami, a przecież nawiązania między jednym i drugim filmem widać nader wyraźnie.


Szczególnie lśni tutaj zagrany przez Waltza doktor Shultz w zestawieniu z Landą z Bękartów. Jeden i drugi to Niemiec, jeden i drugi zna wiele języków, jeden i drugi jest diabelnie charyzmatyczny (a może to tylko charyzma aktora). A jednak Shultz w Django jest ostatnim sprawiedliwym, czyli dokładnie tym, czym Landa nie był. I tak jak w Bękartach mamy konflikt "dobrzy Amerykanie vs zły Niemiec", tak tu odwracają się epitety - i wychodzi "dobry Niemiec vs źli Amerykanie". Bardzo sprytnie i bardzo okrutnie, panie Tarantino.

Czapki z głów przed znakomitym aktorstwem, bo spomiędzy Waltza, diCaprio i Jacksona ciężko wybrać, kto najbardziej błyszczy - ale przy całej mojej osobistej sympatii palma pierwszeństwa powędrować musi ku któremuś z dwóch ostatnich aktorów i chyba do diCaprio. Jeżeli po obejrzeniu Zjawy nie wiecie, za co dostał Oscara - bez wątpienia za rolę Calvina Candie, na równi psychopatycznego i rozpieszczonego południowca, bogacza, rasisty.

Trochę za bardzo tarantinowskie jest zawieszenie szali fabuły na wadze jednego uścisku dłoni (i przepchnięcie tego pod płaszczykiem zupełnie logicznego rozwoju wypadków), skutkujące rozbryzgami krwi i eksplozją. Ale ogólnie film trzyma klimat, albo może klimaty, bo zarówno ten z westernów, jak i z innych dzieł reżysera. A do tego zawsze miło popatrzeć na Amerykę, która rozlicza się ze swoją historią po męsku, bez chowania się za spódnicę wymówek, nawet jeśli ma to miejsce tylko w filmografii.