:::: MENU ::::

niedziela, 20 marca 2016

  • niedziela, 20 marca 2016
Prawdopodobnie każdy fan jakiejś gry zna w obecnym, ponurym świecie namnażających się sequeli, sequeli sequeli, prequeli, prequeli sequeli i sequeli prequeli oraz gier o innym tytule, będących w praktyce starymi grami w lepszej grafice (można się śmiać, ale to jednak przykre, że w znacznej mierze tak obecnie wygląda rynek elektronicznej rozrywki) to gorzkie uczucie, gdy seria, którą kocha, powoli stacza się w kierunku dna. A na pewno znają je starzy fani Assassin's Creed.


To nigdy nie była seria bez skazy. Schematyczna, momentami nieco nudna i uproszczona, pełna głupotek. A jednak pierwsza część - bardzo krytykowana przez tych, którzy zaczęli od trylogii Ezio - budzi we mnie niezmiennie ogromny sentyment. W niewiele gier grałam tyle razy, co w tę; w żaden otwarty świat nie wsiąkam tak mocno jak w ograniczony przecież, pełen podobnych do siebie NPCów Bliski Wschód. Do tego dochodzi antagonizm moralny Altaira i jego przemiana w toku opowieści, jednym słowem - bogactwo postaci, które jeszcze bardziej rozwinięto w częściach poświęconych Ezio, a którego tak rozpaczliwie brakuje w AC dziś.

Assassin's Creed Syndicate ma wady swoich poprzedników. Postaci, o których w sumie wiemy, że straciły rodziców - typowe dla AC. Fabułę, w której jest ten zły, pragnący mocy i ci dobrzy, którzy chcą go powstrzymać. Jakieś tam postaci poboczne, a w nich gender, niekiedy nieprzystający do czasów. I finalną walkę, nudną jak flaki z olejem, słabą, prostą... i pozbawioną soundtracku.

Jednocześnie po Unity nawet gówno smakowałoby jak cukierek i tak właśnie jest. Zresztą, nie można zarzucić Syndicate, że nie ma klimatu - ma. Stalowe niebo, mknące pociągi, promy na Tamizie. Piękny jest ten Londyn; tak piękny jak piękny byłby Paryż z Unity, gdyby nie bugi zmieniające go w groteskowo śmieszny lunapark. Jest - nareszcie! - damska postać i nagle, dzięki niej, okazuje się że bad guys w typie Edwarda to może niekoniecznie właściwa droga; że może jednak asasyni powinni mieć godność, zasady i wdzięk Altaira czy Ezio. Są nareszcie nowości, chociaż zerżnięte z Batmana i RPGów. Dobra droga, tym większa szkoda, że czegoś jednak zabrakło.

Ubisoft zapowiedział już, że następna część AC pojawi się w większym odstępie czasu niż to do tej pory miało miejsce. Istnieje nadzieja, że to zapowiedź odrodzenia serii chociaż ja miałabym ochotę - paradoksalnie - na jej śmierć. Tak jak chciałabym, żeby przygody Snake'a skończyły się na The Phantom Pain, żeby po The Sims 3 symulator poszedł w zapomnienie, żeby trzecie Dark Soulsy zamknęły serię, a kontynuacja Bloodborne nie ukazała się nigdy. Żeby nie było już ósmego Tekkena ani nowego Mortal Kombat. To wszystko wspaniałe serie; cudownie było dorastać z niektórymi; miały wzloty i upadki. Ale już wystarczy. Łaknę czegoś świeżego, czegoś nowego, kolejnych bohaterów, przygód, opowieści.

Przede wszystkim jednak nie chcę patrzeć na powolną śmierć kolejnych franczyz. Niech lepiej odejdą w chwale.