:::: MENU ::::

sobota, 12 marca 2016

  • sobota, 12 marca 2016


Miało być pięknie, wyszedł unowocześniony fanfick starych Bondów, który uświadomił mi, że ich aż tak nie lubię. Zbytnio mnie drażnią głupoty, dziejące się na ekranie - bohaterowie uciekający jak stoją, ale z dostępem do całej garderoby eleganckich ubrań; kolejna wszechobecna inwigilacja; wreszcie, kręcenie kampanii reklamowej na Monice Bellucci, która gra tak dobrze jak jej pozwolił minimalny czas ekranowy i bzdurny scenariusz.

Czołówka zdaje się pokazywać, że twórcy przyjęli do wiadomości: drugiego Skyfall nie zrobią. Opening nie dorównuje temu od Adele, chociaż niezwykle przypadła mi do gustu animacja.

Film jak już wspomniałam, nawiązuje wyraźnie do starszych Bondów, jednocześnie trochę rzucając im wyzwanie. Postać grana przez Craiga jest Bondem nieco... zramolałym. Wiek już nie ten, czasami go widać i wnosi to nieco świeżości.

Cały pierwszy plan, z jego kiepskim romansem i złolem Waltzem, który próbuje po raz drugi zagrać Landę, ale nie ma ku temu ani scenariusza, ani chyba za bardzo weny, przykrywa to, co dzieje się w tle. Nowy M, nowy L, panna Penny, słowem, wszyscy którzy Bondowi pomagają jako zaplecze, są postaciami świetnie zagranymi i dobrze napisanymi. Czyli da się, można i w kontekście tego pięknego drugiego planu oraz pokracznego pierwszego, trudno uznać główną oś fabuły za coś innego niż trybut starych Bondów.

To film rozkraczony. Między starym, już zdecydowanie zbyt starym a nowym, według mnie lepszym. W pełni nie realizuje założeń żadnego z nich i przez to zdaje się pozbawiony własnej konwencji, trochę też klimatu. Nie dla mnie.

Chyba jestem za stara na Bonda.