:::: MENU ::::

niedziela, 3 kwietnia 2016

  • niedziela, 3 kwietnia 2016

Mam wrażenie, że w temacie nowych Gwiezdnych Wojen istnieje jakaś niepisana konieczność opowiedzenia się po którejś stronie, więc robię to od razu. Jestem fanem. Nie oddałam temu filmowi całego serca i umysłu, nie twierdzę, że to dzieło, które zmieni kino, ale podobało mi się. Od początku do końca miałam wrażenie, że twórcy doskonale wiedzieli, co robią. Gdy dali mi tribute dla starej trylogii to dlatego, że chcieli; dosypali nowości tam, gdzie chcieli; wprowadzili postaci o takiej, a nie innej fizyczności, ponieważ chcieli i zrobili to dobrze.

Widać to szczególnie po postaci Kylo Rena, paradoksalnie właśnie dlatego, że jest on gorszym antagonistą niż Darth Vader. Fangirluje Pana z Astmą jak egocentryczny, zbyt emocjonalny młodzieniec, którym zresztą jest. Miota się od bezsensownej agresji nastolatka, któremu rodzice nie pozwolili wyjść w piątek wieczorem na imprezę do klubu nocnego po kompletną egzaltację. Na ekranie wprost mówi się do niego - nie będziesz jak Vader. Tym większego znaczenia nabiera fakt, że w gruncie rzeczy Kylo Ren udowadnia swoje oddanie Ciemnej Stronie Mocy. Jest niedojrzały, ale już zły; przekracza granicę, której ani Palpatine, ani Vader nie przekroczyli - zabija członka własnej rodziny, najbliższego krewnego. Straszny to antagonista, bo jest jednocześnie żałosny i niebezpieczny.

Skoro to mamy za sobą, to może Rei, główna bohaterka, nowy Jedi, słowem - protagonista, czy właściwie protagonistka. Dla mnie to wzór jak powinna wyglądać kobieca główna bohaterka, młoda dziewczyna z nosem do przygód i perspektywą dźwigania na barkach wielkiej odpowiedzialności. Bardzo często twórcy filmów - powieści zresztą też, ale głównie filmów, bo w książkach nie ma aż takiego parcia na parytety - starają się za bardzo albo wręcz przeciwnie, nie starają się w ogóle. Dostajemy więc masę kobiet i dziewczyn egzaltowanych, pretensjonalnych, pyskatych i po prostu niesympatycznych. Taką, dokładnie taką bohaterkę, ma opowiadanie Radomira Darmiły Imago - ale u niego jest przynajmniej autentyczna, chociaż wciąż irytująca, antypatyczna i nudna. Rei natomiast to świetna protagonistka, do której od razu pała się sympatią i której się kibicuje, choćby mimowolnie.

Nie sposób też nie wspomnieć o postaci, która wzbudziła początkowo ogromne kontrowersje, to znaczy czarnoskórym szturmowcu Finnie. Ten, o którym mówiono, że wprowadzany jest tylko w imię politycznej poprawności, okazał się na ekranie jednym z bardziej interesujących charakterów. Trudno ocenić, na ile rzeczywiście Gwiezdne Wojny starają się być "poprawne", a na ile zwyczajnie dobierają aktorów bez uprzedzeń, bo Finn jest tak świetnie napisany, że człowiek nie chce oglądać filmu bez niego. Ani to bohater, ani wielki tchórz - tylko człowiek, który próbuje przeżyć, trochę wbrew swojej woli wciągnięty w wielki konflikt. Zmienia strony, bywa przerażony, bywa szalenie odważny. Trudno go nie lubić, trudno nie doceniać, a jego przyjaźń z Poe - typowym herosem Rebelii - to bardzo sympatyczny motyw.

Starzy aktorzy także błysnęli, weszli w swoje role tak gładko, jakby nigdy nie opuścili planu Star Warsów, ale dla mnie jednak najistotniejsze jest, że młode pokolenie dźwignęło uniwersum na swoich barkach. Przekonali mnie do siebie na tyle mocno, że chcę oglądać film właśnie o nich.

Mało tutaj o fabule - ona jest jednym wielkim, przefiltrowanym przez nowe czasy, ukłonem dla starej trylogii. Ukłonem według mnie ciekawym i udanym, może niekoniecznie potrzebnym. Liczę na to, że w dalszych częściach zostaną nam bohaterowie i cudowne ujęcia, a fabuła jednak odbije w regiony czegoś nowego. Jestem pełna (nowej) nadziei. Czekam.