:::: MENU ::::

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

  • poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Życie jest podróżą. To sformułowanie stanowi straszliwy banał, nawet jeżeli banał prawdziwy, ale twórcy gry Journey (2012), którzy całą koncepcję właśnie na nim oparli, stworzyli rzecz, nie mającą z banałem nic wspólnego. To w ogóle oryginalne i niesamowicie odświeżające w branży - pozycja, która ma metafizyczną koncepcję, bo chociaż rozterki i psychologiczna głębia pojawiają się w grach coraz częściej, wciąż są w porównaniu z tymi znanymi na przykład z literatury żałośnie śmieszne.

Nie da się przegrać w Journey, co nie oznacza wcale, że nie da się bać. Ale cokolwiek się stanie, jak bardzo nieudolni będziemy wobec napastujących nas potworów, przejdziemy tę grę do końca. Przeżyjemy, zginiemy i odrodzimy się na nowo - taka jest prawdziwa fabuła Journey, nawet jeżeli pozornie jesteśmy po prostu stożkiem z nogami, idącym przez pustynię i odkrywającym prawdy o starej cywilizacji.

Przedziwna jest ta podróż, na każdym etapie przepełniona znakami i symbolami. Poprzez niezrozumienie, radość, strach, aż po niesamowitą sekwencję w zaśnieżonych górach. Idziemy sami, słabi, coś w nas pęka; wiatr dmie nam w twarz; po jednym kroku naprzód, jesteśmy miotani dziesięć kroków w tył. Wokół nie ma nic, tylko biel i w tych ostatnich chwilach naszych potwornych zmagań z prowadzącą nas drogą możemy w całym majestacie odczuć opiewaną w wierszach samotność śmierci.

Nie wolno nam stracić wiary.

Naprawdę niesamowite, że są takie pozycje. Dla wszystkich właściwie, bo nie ma tu krwi, przemocy ani wulgaryzmów. Krótkie, a przecież nieskończenie mądrzejsze od niejednego tytułu. Przesycone poczuciem piękna i jakiejś prawdy, do której obecności w grach wideo nie przywykłam. Nie wiem, czy Journey jest akurat dla miłośników elektronicznej rozrywki. Jest po prostu dla ludzi.