:::: MENU ::::

środa, 11 maja 2016

  • środa, 11 maja 2016
Poświęcanie Drzewu życia Christiana Jacqa całej blogowej notki jest jak gwałt na czasie wolnym. Niech jednak będzie. Oto świadectwo (niestety, nie pierwsze), że w sensownym wydawnictwie, w niezłej oprawie i z zachęcającym opisem może ukazać się książka naprawdę zła. Co gorsza - zarżnięta warsztatem.


Nie chodzi o to, że Drzewo życia jest słabo napisane, koślawe czy cokolwiek. Ono naprawdę zostało zarżnięte. Kolejne zdania są jak wyciosane z drewna za pomocą łyżeczki do herbaty. To nie zwyczajny przypadek kiepskiego języka, tutaj ktoś - kolokwialnie rzecz ujmując - zjebał robotę. Nie wiem, może tłumacz, może autor, może redaktor. Książka tak źle i nudno napisana nie powinna się w ogóle ukazać.

Czytając Tajemnice Ozyrysa miałam wrażenie, że jestem cały czas informowana o wydarzeniach. Nic nie zostało opisane porządnie. Ani egipska rzeczywistość, ani bohaterowie, ani poszczególne sceny. Coś się tam dzieje, ktoś strasznie knuje, są jakieś magiczne miejsca. Dobry faraon, zły i jego banda, pisarzyna.

Przyznaję się bez bicia - nie zmęczyłam tej książki. Czytałam rzeczy źle napisane, ale płynięcie przez kolejne strony tego "dzieła" to jak czołganie się nago po klockach lego. Szkoda, bo w sumie mógł z tej mąki być chleb - wszystkie części Tajemnic Ozyrysa porwałam z biblioteki radośnie, nie mogąc doczekać się lektury. Zapowiadało się dobrze, wyszło bardzo źle.