:::: MENU ::::

wtorek, 17 maja 2016

  • wtorek, 17 maja 2016

Przyznaję, że wzbraniałam się przed oglądaniem Mad Maxa, bo na trailerze właściwie zasnęłam. I ponieważ wszyscy krzyczeli, jaki to feministyczny film. Zazwyczaj gdzie dużo dymu tam mało ognia i filmy "feministyczne" charakteryzują się płaską jak decha bohaterką na pierwszym planie, zaś te propagujące tolerancję pisaniem postaci o jednej cesze w rodzaju koloru skóry lub orientacji seksualnej. Poza tym ja taka dziwna jestem i jak w filmie albo w książce tylko pościgi, wybuchy i strzelanie, to zaczynam ziewać. Nie o to chodzi, że ich nie lubię, ale wszystko z umiarem.

Na szczęście w Mad Maxie jest trochę więcej. Znaczy, są w nim postaci. Wrzucone w środek pustyni, w bezduszną postapokalipsę z brakiem wody i kobietami jako lochami rozpłodowymi. Świat jest generalnie w porządku - taka postapo, do której nic już się nie da dodać. Jest degradacja środowiska, mutacje, nowotwory rosnące w grudkach na ramionach, mroczny despota, ciężarówki, płomienie.

Jest i pustynia. Piękna, żółta, plująca w twarze zwałami burzy. Z mrocznymi, słonymi bagniskami, z drogami wyjeżdżonymi przez koła tirów. Właściwie zamiast na wybuchy, patrzyłam na pustynię i strasznie mi żal, że przez cały film bohaterowie się spieszą, bo właściwie Miller mógłby z mojej perspektywy nakręcić dwa razy dłuższy obraz tylko i wyłącznie z lokacji, przez które z rykiem silnika przejeżdżamy.

Miałam jednak o bohaterach. Oczywiście jest Charlize Theron, aktorka z rzadkim talentem zupełnego znikania w swojej roli. Także i w Mad Maxie nie widzimy jej, ale Cesarzową Furiosę z całym bagażem doświadczeń. Zestawioną z kobietami Wiecznego Joe, pięknymi, długowłosymi i rozpatrywanymi przez właściwie cały film w najbardziej kobiecej kategorii - rozpłodu, macierzyństwa. Furiosa tej części osobowości, zarezerwowanej dla opieki na dziećmi, zdaje się nie mieć w ogóle. Zresztą dziećmi, ciążą najbardziej zdaje się tu przejmować sam Joe i troska ta objawia się wyrżnięciem płodu z ciała konającej dziewczyny.

Jest oczywiście tytułowy Max i stanę tu w opozycji do popularnego poglądu na aktorski duet, bo dla mnie Tom Hardy film ukradł. Jego Mad Max jest w moich oczach o niebo lepszy od pierwowzoru. Mrukliwy, milczący, kierujący się niezrozumiałymi dla otoczenia motywacjami, zatracający się w walce do granicy szaleństwa. Prawdziwy Wojownik Szos.

Podobało mi się Na drodze gniewu, co nie zmienia faktu, że rozwlekłe analizy tego filmu uważam za przesadzone. Żadna to opowieść o społeczeństwie, żadne rozprawienie się z patriarchatem i jego idiotyzmami. To film akcji z dobrze napisaną, kobiecą bohaterką. Rzecz chwalebna, rzecz rzadka, ale jeżeli tylko tyle potrzeba, by zrobić z czegoś arcydzieło, to nisko upadła nasza popkultura.