:::: MENU ::::

niedziela, 8 maja 2016

  • niedziela, 8 maja 2016

Może jest lekką przesadą pisać, że pierwszy Red wniósł do świata komedii sensacyjnej nową jakość, ale trudno mi się oprzeć stawianiu takiej tezy. Od filmu o emerytowanych agentach specjalnych nie widziałam niczego podobnie sympatycznego i zabawnego, i może dlatego nie wahałam się przed obejrzeniem drugiej części.

Koncepcja twórców Red jest prosta - ściągamy podstarzałych aktorów, wpisujemy ich w archetypy postaci, które niegdyś grali i dopasowujemy całość do ich wieku. Nie ma tu więc wielu karkołomnych pokazów kaskaderskich, jest za to zimny spokój, doświadczenie i wymiany ognia, w czasie których toczą się dyskusje, często nawiązujące do akcji z czasów minionych.

Red 2 jest o tyle inne od pierwowzoru, że jednak pojawia się powiew młodości, to znaczy Azjata, który potrafi zabić kartką papieru i najpierw jest zły, a potem dobry. Gra go Koreańczyk Byung-hun Lee, w mojej opinii aktor naprawdę przyzwoity, ale zawsze, kiedy go widzę, myślę głównie jaki jest ładny, więc może nie należy tu za bardzo kierować się moją opinią. Chociaż dostaje czasem nagrody, to może nie jest ze mną tak źle.

Z innych aktorów - głównie stara gwardia, czyli Willis, Malkovich (jego rola pokręconego i niebezpiecznego wariata jest w Redach naprawdę cudowna), Mirren (Victoria to chyba moja ulubiona postać kobieca w filmach akcji, naprawdę). Pojawia się też Catherine Zeta-Jones i jest wszystkim, czym mogła być Belucci w Spectre.

Jestem osobą młodą, daleko mi do trosk i problemów, jakie przynosi ze sobą emerytura i w teorii oglądanie podstarzałych aktorów, grających podstarzałych agentów, nie jest zajęciem dla mnie. Red 2 to jednak taki ładunek akcji, śmiechu i zmyślnych intryg, że film mógłby równie dobrze opowiadać o świnkach morskich i wciąż znakomicie bawić.