:::: MENU ::::

sobota, 21 maja 2016

  • sobota, 21 maja 2016

Animowaną bajką mojego dzieciństwa jest Król Lew, konkretniej pierwsza i druga część. Koniec tematu. Nie było - prawdopodobnie dalej nie ma - takiego filmu, który widziałabym więcej razy. Urzekająca animacja i piosenki, ale też bogate uniwersum ze swoją geografią i historią - oto, co przyciągało i dalej przyciąga w Królu Lwie.

Twórcy postanowili jednak historię na drugiej części skończyć, a szkoda, bo przecież zostawili sobie pole do popisu. Lwie Ziemie mają zarówno władców, jak i parę, która w przyszłości zasiądzie na tronie (ekhem, Lwiej Skale), a trudno uwierzyć, że wszystkie możliwe problemy ukróciło zjednoczenie dwóch lwich stad. Osobiście bardzo chciałam, by historię pociągnięto dalej, ale nic z tego - Król Lew 3: Hakuna Matata był już komedyjką z Timonem i Pumbą w roli głównej, przywodzącą na myśl ich własny, świetny serial z lat 1995-1998. Nie zarzucam trzeciej części, że jest słaba, ale to jednak zawodnik zupełnie innej kategorii niż część pierwsza z fabułą rodem z Szekspira.

To może tłumaczy, dlaczego naiwnie ucieszyłam się na zapowiedzi The Lion Guard. A może po prostu to miała być kontynuacja - tak została zapowiedziana. A nie jest. Ani filmy, ani serial, obok "kontynuacji" nawet nie stały.

Twórcy serialu zupełnie nie ogarniają uniwersum, które dostali do ręki. Bez wyraźnego powodu skasowali Króla Lwa 2 - a może chodzi o to, że główny bohater (męski) nie mógłby mieć prawie dorosłej, mądrej siostry, tylko potrzebuje w obwodzie kogoś wrednego do ratowania? To żałosne, ale Disney chyba już nie potrafi tworzyć postaci kobiecych takich jak dawna Kiara, z charakterem i inteligencją, z miejsca budzących sympatię. W każdym razie ani prawdziwej Kiary (jest nędzna podróbka, w dodatku w wieku dziecięcym), ani wygnanych lwów, ani porządnych hien (bo jest coś mieszkającego w dziurze w ziemi i podobnego do zmutowanego jamnika) tu nie uświadczysz. Za to dopisano wątek magiczny, by w ogóle uzasadnić koncepcję tytułowej Lwiej Straży. Ciekawe to podejście - wyciąć z przeszłości wszystko, co ma sens i dopisać nowe rzeczy, głupie oraz mało klimatyczne.

Muszę chyba zaakceptować fakt, że Lion Guard najwyraźniej nie jest przeznaczone dla osób, które Króla Lwa znają. Bez bagażu doświadczeń i bez znajomości pierwowzoru, remake na gorsze nie razi w oczy. 

Razi za to, bez względu na wszystko, tragiczna animacja. Niektóre sceny, kiedy są zatrzymane w statyce, przywodzą na myśl klimatem Króla Lwa, ale to tyle. Postaci wyglądają jak sklejone z kilku kawałków, są doczepione do tła i poruszają się nienaturalnie. Wszystkie zostały też pomniejszone, zaokrąglone, skrócono im nogi. Efekt jest tragiczny - taśmowo produkowane anime wygląda lepiej niż serial Disneya! Rozumiem, że czas ręcznych animacji dobiegł końca, ale może wobec tego warto nauczyć się robić inne, bo Lion Guard wygląda jak dzieło kogoś, kto dopiero zainstalował Toon Boom.

Łyżka miodu w tym całym dziegciu to piosenki, które nie odbiegają bardzo od starych, jeżeli chodzi o chwytliwość - bo niestety, ich głębia jest stosowna do wieku docelowej widowni, który oceniam na jakieś pięć do siedmiu lat. Tonight We Strike, Sisi ni Sawa czy Jackal Style warto jednak sobie przesłuchać lub nawet obejrzeć, żeby posmakować zaserwowanej w The Lion Guard animacji.

Uwaga zupełnie na boku - jestem zszokowana jak dobrze zapadł mi w pamięć Matthew Broderick jako Simba i nie jestem w stanie przeboleć tej postaci z innym głosem. Niewiele to szkodzi, bo podobnie jak niemal wszystko w The Lion Guard, Simba ma mało wspólnego z pierwowzorem.