:::: MENU ::::

wtorek, 28 czerwca 2016


Jestem blogerem wiecznie spóźnionym. Albo piszę o premierze, na której byłam, gdy film już znika z kin, albo czytam książki z jakiegoś zamierzchłego wieku, albo gram w gry, którymi świat zachwycał się dekadę temu. Wyszukam i wygrzebię jakieś niszowe pierdoły z zeszłego stulecia, i nie pytajcie mnie, skąd w ogóle wiem o ich istnieniu. Nie mam pojęcia.

Call of the Wild: Howl, Buck był taką właśnie archaiczną, zapomnianą pozycją, którą znalazłam, o ile mnie pamięć nie byli, gdy próbowałam ustalić, czy Spitz z Zewu krwi jest samojedem (bo opis pięknie pasuje, ale okazuje się, że nikt nie zinterpretował go jako uśmiechniętego "wacika", co w sumie nie dziwi, zważywszy charakter postaci). Ubóstwiam Londona, natomiast brak mi rozpaczliwie dobrych ekranizacji jego powieści. W ogóle z tymi piewcami natury z dalekiej Północy jest problem, jeśli o filmy chodzi - bodajże najlepszego doczekał się Władca skalnej doliny Curwooda, poza tym bieda z nędzą.

Howl, Buck to animacja, w dodatku japońska, więc z niemałą chęcią zabrałam się do oglądania i chęć ta stopniała szybciej niż lodowce w erze ocieplenia klimatu. Próbowałam film przewijać, ale kolejne sceny wywoływały zwiększone uczucie zażenowania, więc w końcu się poddałam i przyznałam, że w ogóle nie powinnam tej wersji Call of the Wild wykopywać z kąta, gdzie słusznie zapomniana obrastała kurzem.

Słabe to, brzydkie, tandetne, strasznie nudne. Już pomińmy muzykę, rzępolącą w tle, aż uszy puchną. Żałosną kreskę, kolejne sylwetki psów na jednym szablonie i ludzi o niemal identycznych twarzach. Animację, która sprawia wrażenie, jakby ktoś poruszał wycięte z papieru kukiełki i niespecjalnie się starał. Rozumiem, 1981, chociaż to standard słaby nawet jak na tamte czasy.

Ale narracja?

Głos narratora dominuje wszystko. Nie podaje po prostu wstępu, nie pojawia się czasem. Jest w tle ciągle, streszcza nam Zew krwi, mówi co widzimy na ekranie. Nie ma w tym artystycznego zamysłu. Widz po prostu czuje się jak idiota, któremu tłumaczyć trzeba, co właśnie ogląda.

O ile niewolnicze podążanie za fabułą książki jest w tym przypadku dla mnie akceptowalne, to jednak nie rozumiem, dlaczego w kolejnych ekranizacjach Buck nie przypomina samego siebie. Ja może mam jakąś inną książkę niż reszta świata, ale w filmach ten pies jest albo malamutem, albo (jak w Howl, Buck) owczarkiem niemieckim, a London jak byk napisał: "Ojciec Bucka, Elmo, ogromny bernardyn" i "jego matka, Shep, pochodziła z owczarków szkockich". Zastanawiam się całkiem poważnie, czy kiedyś dożyję dnia, gdy Buck będzie przypominał którąkolwiek z tych ras (a przecież odpowiednio przycięty owczarek szkocki byłby całkiem w porządku, przynajmniej w czasach, gdy te psy nie były straszliwie wydelikaconymi ozdóbkami - narysować zresztą da się z pewnością jakiegokolwiek kundla).

Stwierdzam z przykrością jako miłośnik staroci, że akurat na Howl, Buck najzwyczajniej w świecie szkoda czasu. Ładowałam ten film dłużej niż trwała radość z oglądania, a jeżeli coś wniósł do mojego życia, to czarną rozpacz w związku ze swoją jakością. Także dziękuję. Postoję.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.