:::: MENU ::::

piątek, 22 lipca 2016


Maratony MCU, w których trafiają się filmy jak Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie, są zawsze dziwnym przeżyciem. Bowiem po udanym Iron Manie (jakie to było objawienie, gdy ten film pojawił się w kinach!), większość otwarć dla kolejnych bohaterów to obrazy mierne. Nie inaczej jest z Kapitanem, który przecież przyniósł w kontynuacjach rzeczy genialne - Zimowego Żołnierza i Wojnę bohaterów. Powstaje przez to silny dysonans, bo oto przemęczamy się przez płaski, nudnawy obraz, kosztujemy najlepszego, co ma MCU, a potem dostajemy film, który gra na emocjach jak dawno już żaden z tego uniwersum nie zagrał.

W porządku, to jaki jest mój problem z Pierwszym starciem? Ano taki, że to film niezwykle schematyczny, płaski, czarno-biały. Ratują go znakomici aktorzy, którzy jednak marnują się odrobinę w mało znaczących dla MCU rolach oraz znakomita muzyka. Fabuła przypomina mieszankę wykastrowanych Bękartów wojny i każdego innego openera dla dowolnego superbohatera, więc entuzjastką tego filmu nigdy nie zostanę.


Jeżeli chodzi o Civil War, to według mnie mówienie o tym filmie warto zacząć od końca, od nowo wprowadzonych bohaterów. Udali się niesamowicie. Zarówno Zemo, zły który stoi za całym chaosem, a jest tak odległy od znanych z superbohaterskich komiksów klisz jak odległe od  nich były społeczne rozterki Zimowego Żołnierza. Daniel Bruhl jest - przynajmniej dla mnie - aktorem, który się kompletnie wtapia w bohatera. Nie rozpoznaję go na ekranie niemal nigdy, ale zawsze budzi we mnie na równi niechęć, jak i zrozumienie dla swoich motywacji.

Wprowadzono także nowych bohaterów - Spider-Mana i Black Panthera. Obaj są znakomici, do obu zapałałam niesamowitą sympatią. Tom Holland jest dokładnie taki, jaki powinien być Człowiek-Pająk. Młody, żartobliwy, jakby trochę niedowierzający, że wszystko wokół niego dzieje się naprawdę. Boseman gra z kolei T'Challę, dumnego i honorowego, ale nie zaślepionego żądzą zemsty, czemu daje wyraz w końcówce.

Ważni są także Wanda i Vision, którzy dołączyli do Avengersów w Wieku Ultrona i dopiero teraz mają swoje pięć minut. Oboje inni, potężni jak żaden człowiek, zostają wprowadzeni w sposób, który sugeruje, że mogą stać się dobrymi przyjaciółmi. Na drodze tej relacji staje tytułowy konflikt, co dobitnie uświadamia, jak wiele w rzeczywistości on niszczy.

Wreszcie - Tony Stark i Steve Rogers, dwie strony konfliktu, dwie racje. Każdy miał tutaj swój typ, oczywiście, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Wojna bohaterów to wojna nie tyle idei, ale słabości. Kapitan Ameryka działa w gruncie rzeczy z egoistycznych pobudek, broni prawa Avengersów do chaosu jak niepodległości, a swoimi czynami dowodzi, że kontrola, której się sprzeciwia, jest potrzebna. Zza argumentów o przyjaźni wyłania się obraz człowieka, który wbija tarczę w serce syna jej twórcy. Z drugiej strony konfliktu stoi natomiast Stark - taki słaby, taki poraniony, wciąż uderzany ze wszystkich stron. Niezdolny do dźwigania odpowiedzialności, biegnący naprzód już tylko siłą rozpędu, trzymany na nogach pod gradem ciosów jakąś trudną do zidentyfikowania siłą. Egoista versus człowiek bezsilny.

Chociaż gwoździem programu jest Wielka Bitwa na Lotnisku, to o wiele większe emocje budzi ostatni pojedynek między Starkiem i Rogersem. Twórcy sprawili, że naprawdę uwierzyłam, że tych dwoje chce się pozabijać. Że to zrobią. Tym bardziej zaskoczyła mnie - negatywnie - końcówka, która sugeruje, że żadne konsekwencje nie zostaną wyciągnięte. Mam nadzieję, że nie okaże się to prawdą.

Wojna bohaterów dewastuje. Nie tylko Avengersów, nie tylko psychikę i relacje postaci, ale także, a może przede wszystkim, widza. Daje nam konflikt, w którym nie ma łatwych wyborów i przywódców dwóch frakcji, z których żaden nie budzi przesadnego zaufania czy entuzjazmu. Ubiera wszystko zgrabnie, w piękny obraz, lekkie dialogi i niezłą muzykę, a potem podaje nam jak wyrzut sumienia.

P. S. #teamIronMan

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.