:::: MENU ::::

czwartek, 28 lipca 2016

Na pewnym forum literackim jest użytkownik, który mimo najszczerszych chęci i sprawnego operowania językiem, ma problemy z przebiciem się swoimi opowiadaniami post-apo. Większość czytelników uważa, że rozumie dlaczego. Werdykt jest zgodny - wszystko fajnie, ale teksty są zbyt podobne do tych z uniwersum Metra. Może to i prawda, ale chyba nie tu pies pogrzebany.

Kiedy w wieku lat szesnastu stwierdziłam, że może faktycznie moja wielotomowa saga nie jest jakaś super i powinnam spróbować swoich sił w opowiadaniach, moją największą bolączką było ich podobieństwo do Wiedźmina. Przynajmniej tak wnioskowałam po odpowiedziach kolejnych e-zinów. Cierpiałam bardzo, bo w tym wieku wcale nie uważałam prozy Sapkowskiego za coś szczególnie świetnego i nie chciałam pisać rzeczy tego rodzaju. Starałam się z całych sił wyeliminować więc z opowiadań choćby cień podobieństwa do kogokolwiek i czegokolwiek, co czytałam.

Dzisiaj jestem jednak tutaj. Z Klątwą sów podobną do Wiedźmina, Zmąconym strumieniem przypominającym Mononoke Hime i Pieśnią węży, mocno inspirowaną Grą o tron, na koncie.

Doskonale pamiętam, co przelało czarę goryczy. Opowiadanie postapo, które recenzent wewnętrzny pewnego periodyku uznał za... podobne do Wiedźmina.

Zaczęłam poprawiać inne rzeczy w swoich tekstach. Uznałam, że trudno, moja wyobraźnia jest najwyraźniej do dupy i odtwórcza, i przestałam się przejmować tym, co odbiorcy chcieliby czytać. Poprawiałam konsekwentnie język i konstrukcję opowiadań, szlifowałam opisy, dałam rozwinąć bohaterom skrzydła, być im takimi, jacy zrodzili się w mojej głowie. Doskonałym pomysłem okazało się wprowadzanie kobiecych postaci, prowadzenie akcji z ich perspektywy.

Okazało się, że poprawa warsztatu i bardziej świadome (a tym samym przecież silniejsze) nawiązania do dzieł kultury to strzał w dziesiątkę. Nikomu nie przeszkadza zupełnie bezczelne ściąganie motywów z Wiedźmina i inspirowanie się dorobkiem japońskiej animacji, jeżeli jest ubrane w strawny język oraz interesującą akcję. A przecież całymi miesiącami otrzymywałam feedback odnośnie słabości tego typu pomysłów, a nie wad technicznych!

Sprawa z wysyłaniem gdziekolwiek opowiadań jest wbrew pozorom prosta. Albo spodoba się w redakcji, albo nie. Przy czym większość redaktorów ma gust o rozpiętości znacznie większej od przeciętnego czytelnika, bo coś publikować zwyczajnie muszą. Najczęściej zaś podobają się teksty po prostu dobrze napisane i ciekawe. Podobieństwo do jakiejś sławnej książki - czy to Wiedźmina, czy Władcy Pierścieni, czy Metra - jest wygodnym argumentem, bo przytłaczająca większość tekstów jest do czegoś podobna. Chyba od kontaktu z Accelerando nie trafiłam - będąc człowiekiem przecież oczytanym raczej średnio niż bardzo - na książkę, która byłaby nowatorska na wielu płaszczyznach.

"Podobne do..." to argument, który łatwo wyciągnąć, bo prawie wszystko kojarzy się z czymś, co już było. Niemniej dla początkującego autora może okazać się śmiertelną pułapką, o której szklane ścianki będzie obijał się tekst za tekstem, podczas gdy mógłby spokojnie przeanalizować inne słabości swoich opowiadań, a sam rdzeń zostawić w świętym spokoju.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.