:::: MENU ::::

poniedziałek, 4 lipca 2016


CEO Slayer: Pierwszy raz wpisuje się w ten irytujący trend, kiedy mówią nam: "Oto jest ebook" (co sugeruje książkę, w sensie powieść lub zbiorek), a otrzymujemy niezbyt długie opowiadanie (które mimo wszystko jest ebookiem, więc niby nas nie okłamano). W dodatku jest to tekst jakby niedokończony, prolog, który urywa się tak nagle, że przez chwilę szukałam kolejnej strony.

Nie tylko konstrukcja kuleje w opowiadaniu, ale generalnie cała fabuła - bardzo prosta i liniowa. Bohater po prostu załatwia kolejne sprawunki, potrzebne mu do wykonania jego misji i dowiaduje się coraz więcej o obleśnym CEO, którego zamierza "załatwić". A przy tym sam w sobie jakiś niezwykły nie jest. Mamy postaci o takiej charakterystyce na pęczki w polskiej fantastyce - silny, umie walczyć, oczywiście przystojny i bogaty, prawdziwa Mary Sue dla mężczyzn. Drugi plan również wypada średnio. CEO jest zły, paskudny i bez sumienia; kobiety są do ruchania i ładnego wyglądania, a tak naprawdę to pustaki; i tylko domowe AI ratuje sytuację. To jedyna postać w całym tekście, do której zapałałam sympatią.

Motywacje głównego bohatera są dla mnie zupełnie nieprawdopodobne. Sam czerpie korzyści z korporacyjnego systemu, ba, współtworzy go i w dodatku jest szkoleniowcem, czyli kreaturą poziom niższą od upierdliwego grafika. Nagle jednak stwierdza, że świat jest fuj w swojej postaci i bam, mamy mściciela! Mściciela, który oczywiście nikomu nie pomaga, nikogo nie ratuje i z niczym nie walczy, tylko spierze paru dyrektorów dla podbicia własnego poczucia wartości.

Tekst Przybyłka ratuje świat przedstawiony, bliski naszym czasom mokry sen korwinisty, gdzie wszystkim rządzi niewidzialna ręka rynku, tyle że daleko jej do sprawiedliwej pani. Nierówności społeczne są potężne i coraz większe, korporacje trzęsą wszystkim, ludzi eksmituje się "na bruk", policja bezwzględnie stoi po stronie silniejszego. Nie poprawiają sytuacji wszechobecne AI, elektronika, przepych restauracji dla zamożnych, bo to jedynie lukier na gównie. Przybyłek doskonale opisał rozczłonkowany świat, niepokojąco aktualny podział na bogatych i biednych. Ci ostatni wszak w obecnej Polsce podnoszą głowy i pewnie chętnie natłukliby paru CEO wzorem bohatera Pierwszego razu. Nawet jeśli niesłusznie, to dla zasady, z czystej wściekłości człowieka harującego za tysiąc pięćset.

W gruncie rzeczy szkoda, że autor niby dostrzega jak zły i niesprawiedliwy jest wykreowany przez niego system, ale wyrwać się ze schematu myślenia "szlachetni panowie - tępa hołota" już nie potrafi i daje biednym bohatera spośród bogatych. To również często spotykane, zwłaszcza w polskiej fantastyce, że herosem może zostać tylko ktoś dobrze ustawiony, jakby największych rewolucji w historii wcale nie wywołały siły oddolne.

Te wszystkie uwagi nie przekreślają jednak faktu, że Przybyłek pisze naprawdę przyjemnie, lekko, ale elegancko i opowiadanie najzwyczajniej w świecie znakomicie się czyta, pomimo jego wad. Połknęłam je na raz i uznaję za lekturę jak najbardziej strawną, chociaż głupiutką. Jest to rzecz bez wątpienia akceptowalna w kręgu literatury rozrywkowej.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.