:::: MENU ::::

środa, 3 sierpnia 2016

  • środa, 3 sierpnia 2016
Odpowiedziałam sobie ostatnio na to pytanie. To dlatego, że nie wierzę w przyszłość. A już na pewno nie w przyszłość ludzi.

Nie da się ukryć, jestem raczej zielona, w takim sensie, że niknącą warstwę ozonową, globalne ocieplenie i wycinkę dżungli amazońskiej uważam za jak najbardziej istotne problemy. Na równi z tym, że za chwilę pogrzebiemy się pod plastikiem i strujemy oceany do końca.

Lubię czytać science fiction, przewidywać rozwój technologii i podbój kosmosu, ale gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że żadnej przyszłości po prostu nie będzie. Ze świata, w jakim narodziła się ludzkość, niewiele zostało i z każdym dniem zostaje mniej. Chaos, zarówno polityczny, społeczny, jak i meteorologiczny nie sprzyja wierze w jutro z wszechobecnym SI czy latającymi samochodami. Bardziej w takie, którym rządzą fundamentaliści, a ludzie zadeptują się w walce o ostatnie bajoro wody.

Patrząc na sprawy z tej perspektywy, modne ostatnio postapo naprawdę ma ręce, nogi i sens. Może niekoniecznie mam na myśli książki spod znaku Metra i Zony, bo one są niezwykle pulpowe, ciężko traktować je poważnie, podobnie jak nieśmiało podnoszącą głowę space operę.  Ale już na przykład Droga zdaje się, poza wydźwiękiem alegorycznym, mieć także ten futurologiczny, nawet bardziej przerażający.

To pewnie mało optymistyczna interpretacja, ale czy w takim razie liczni miłośnicy postapo także nie wierzą w przyszłość?