:::: MENU ::::

poniedziałek, 12 września 2016


Ponad dwa tysiące kilometrów samochodem, oblane włoską "pampeluną", czyli gazowaną lemoniadą grejpfrutową, oraz ponad pięćdziesiąt kilometrów pieszo, oblane co najwyżej własnym potem - oto definicja leniwego, rodzinnego wypoczynku na plaży według Smoka Wędrownego. Wyprawa do Bibione, włoskiej miejscowości stricte wypoczynkowej, położonej w okolicach Wenecji, może nie obfitowała w jakieś naprawdę intensywne wyprawy, ale hej, było trzydzieści stopni ciepła! Wyjeżdżałam sceptyczna, wróciłam szczęśliwa. Niczego więcej od podróży nie oczekuję.

Jeden kontakt, aż dwie wtyczki, oto konflikt tragiczny


Zacznijmy może od tego, że ja, wytrawny Zaklepywacz Noclegów, zostałam oszukana na noclegu. Niby mówili - nigdy nie rezerwuj przez Booking.com lokalu z oceną niższą niż siedem, ale po pierwsze, we Włoszech za wiele lokali z wyższą oceną nie ma, a po drugie jechałam na długo i cena miała znaczenie. Tak oto nasz apartament, który z początku miał być istnym darem niebios, położonym w centrum Bibione, okazał się leżeć na skończonym zadupiu (Bibione Pineda, zaledwie pięć kilosów od centrum) i być straszną norą. Najpierw zdarto z nas osiemnaście ojro dodatkowych opłat, o których nigdzie nie było wzmianki i pięć dyszek depozytu, z czym już na szczęście się liczyłam, nauczona doświadczeniem, że nie wszyscy informują o takiej drobnostce jak gigantyczna kaucja. Na samym końcu zobaczyliśmy nasz paskudny apartament.

W ścianach były jakieś przypadkowe dziury, sofa w części wypoczynkowej się rozpadała, za szafkę służyła (chyba) stara lodówka, a gdy spadł mi na podłogę okruszek okazało się, że cały pokój zainfekowany jest chętnie sprzątającymi faraonkami. Lodówka właściwa się samoczynnie otwierała, dla niej i mikrofalówki bez talerza obrotowego przeznaczony był jeden kontakt. Cała zastawa pokryta była grubą warstwą kurzu, a zaparzacz do kawy także warstwą pleśni. Garnek, w którym próbowaliśmy zagrzać wodę, okazał się dziurawy i sikał na wielkie odległości. Ścianę w paru miejscach coś obgryzło, a dostępne koce śmierdziały, jakby coś w nich zamieszkało. Nie zamykały się również drzwi do żadnego z trzech balkonów. Co jednak dla mnie, stworzenia o raczej wrażliwym układzie oddechowym, najistotniejsze, cały apartament śmierdział chlorem tak potwornie, że aż gryzło w oczy i na moment zatkało mnie w płucach. Wywietrzenie tego smrodu włoskiej czystości zajęło nam jakąś dobę.

El Zico


Skąd nam się owo określenie wzięło, nie mam pojęcia, w każdym razie południowo-europejski komar zwie się od wyjazdu dla mnie "el zico". Bestia owa, chociaż w nóg ilość podobną i trąbę o budowie równie ohydnej jak nasze polskie komary uposażona, bezczelną jest, mnogą, wielką i czarną, paskudne odczyny pozostawiającą. A poważnie mówiąc, komary są plagą północnego wybrzeża Adriatyku i mimo regularnych polowań, moje nogi padły ich ofiarą. Komary wgryzały się we mnie nie tylko podczas snu, ale też podstępnie wkradały się pod stół w czasie partyjki remika, także nie tylko przegrałam w karty, lecz i zostałam pokąsana po kolanach. Jedna bezczelna bestia wgryzła mi się w rękę, gdy niosłam na plażę świeżo zakupione bułeczki. Przypłaciła to życiem, a ten bąbel na szczęście nie rozpaprał się równie paskudny jak wiele innych. Swędzenie ugryzień również jest zresztą zdradzieckie, bowiem swędzą równie mocno jak zupełnie obojętna na drapanie wysypka od słońca i słonej wody, zaś ich potarcie paznokciami skutkuje rozlewaniem się odczynu w czerwone rafy, nieposkromione lekiem na alergię.

Skalę problemu najlepiej oddaje chyba fakt, że pewnego wieczoru, gdy weszłam do łazienki, ujrzałam robactwo kłębiące się niczym karaluchy w kącie pod sufitem. Wszystko to były komary w ilości co najmniej kilkunastu sztuk. Przecisnęły się, najpewniej, przez nasze nie zamykające się balkony.

Maniana


Bez wątpienia filozofią życiową przeważającej większości Włochów jest: "co masz zrobić dziś, zrób nigdy, co musisz zrobić koniecznie, zrób jakkolwiek". Początkowo takie podejście strasznie irytuje, zwłaszcza gdy okazuje się, że drogowskazy ktoś powbijał na zasadzie "whatever, gdzieś kiedyś dojadą", a ze zgłoszonych pięciu problemów z mieszkaniem naprawiono jeden. Nawet krajobraz oddaje dobrze charakter tego kraju, jakby Włosi nie potrafili zdecydować się, czy będą łąki przycinać króciutko na zachodnio-europejską modłę, czy jednak pozwolą chwastom rozplenić się w zasłaniające widok na zakrętach pióropusze. I tylko lasy rosną od linijki.

Szybko jednak ciepło i słońce udzielają się wczasowiczom, a przynajmniej mnie i Maniana zostaje przyjęta jako moja własna filozofia. W końcu po co iść do przejścia aż pięć kroków, gdy nic nie jedzie, po co respektować linie ciągłe, gdy droga pusta i po co szukać chodnika wśród żywopłotów, jeśli spieczone porą sjesty uliczki świecą pustkami. Luz-luz, Maniana, życie w rytmie italian pop. We Włoszech zwyczajność, swoboda i spokój są cenione ponad wszystko.

Spaghetti polonese, ale pizza włoska


Nie sposób być we Włoszech i czegoś nie zjeść. O ile pieczywo, nabiał i inne tego typu produkty zbliżone są jakościowo do tego, co mamy w Polsce, o tyle grzechem byłoby nie spróbować słynnych lokalnych potraw.

Mimo mojej miłości do makaronu, nie jestem wielkim fanem włoskiego spaghetti ani lasagne. To znaczy, jestem, ale makaronów, nie sposobu przyrządzania potraw. Włosi jedzą niewiele mięsa i ich spaghetti to góra makaronu, podlana łyżką rozbabranych pomidorów. Podobnie lasagne, wilgotna warstwa złożona głównie ze szlachetnego, złocistego wypełniacza, a w znacznie mniejszej części z sosów i w dodatku diabelnie droga. Ze wszystkich takich potraw wybieram moje domowe spaghetti polonese, z mielonym mięsem i potokiem sosu z koncentrantu pomidorowego, posypane bazylią. Mniam.

Natomiast powiedzieć sobie trzeba jasno, że dwóch rzeczy nie znajdzie się nigdzie poza Włochami, może nawet nigdzie poza Adriatykiem: lodów i pizzy. Lody są naprawdę gigantyczne, przysięgam, że co najmniej trzy razy dostałam podwójną porcję w cenie jednej - autentycznie pani nabrała dwie gałki i walnęła jako moją jedną - a reszta rodziny, chociaż nie cieszyła się podobną hojnością, również napchała się lodami po uszy.

Pizza natomiast... Buddo Amido, nie ma nigdzie na świecie takiej pizzy jak we Włoszech. Nawet pizze z włoskich pizzeri w Polsce nie mają z nią nic wspólnego. Ciasto, sosik i warstwa sera są doskonałe, pomidorki cherry smakują słodyczą, rukola parzy jak należy. A prosciutto... biada wam, jeżeli będąc w Bibione, nie zjecie chociaż jednej gigantycznej pizzy prosciutto. To jakbyście ominęli raj, mówiąc: "Nie, dziękuję, nie dam za to trzynastu euro".

Pineda jak Bibione, Bibione jak Rzym


Gnani sentymentem i rozczarowaniem z cichości naszej Pinedy, odwiedziliśmy centrum Bibione, by zderzyć się nieprzyjemnie z rzeczywistością. Kurort rozwinął się przez piętnaście lat naszej nieobecności w potwornie zatłoczone, hałaśliwe miasto. Sklepy, oferujące dokładnie to, co wszystkie sklepy w Pinedzie, wyrosły jak grzyby po deszczu, restauracje pękały w szwach, a w hazardowych automatach nie dało się nic wyciągnąć. Straciłam dwa euro, próbując schwytać w łapkę gigantycznego geparda, nic jednak z tego nie wynikło. Muszę zadowolić się moim mięciutkim, amsterdamskim Cheetahem.

Największe zakupy zrobiłam właśnie w Pinedzie. Kupiłam sobie butki a la Frank Cuesta, tylko że różowe - bardzo praktyczny wybór, bo świetne okazały się i na plażę, i na dwudziestokilometrową wycieczkę. Moje myśli o torebce od Wittchena skończyły się wraz z eleganckim, chińskim plecaczkiem ze sztucznej skóry, zdobionym w mapę świata. Kupiłam też chińskiego Buddę i wielobarwną chustę, w uroczym, cuchnącym kadzidłem azjatyckim sklepiku, gdzie bardzo gadatliwy Włoch opowiedział mi jak w młodości wyrywał Polki - dwa razy, bo między zakupami najwyraźniej o mnie zapomniał.

No mafia! Venezia e sacra


Powtarzam wszystkim, wszędzie i zawsze, że Wenecja śmierdzi. Po odwiedzeniu Wenecji, której grzech byłoby nie odwiedzić, będąc tak blisko, biję się w piersi. Woda w Wenecji zyskała przez ostatnie piętnaście lat błękitną barwę, zaskakującą przejrzystość, śnieżną pianę i zapach zupełnie neutralny.

Zyskały też parkingi i prom. Na cenach.

Gdy już kupiliśmy bilety, które niby miały nas kosztować euro dwadzieścia za osobę, a kosztowały siedem pięćdziesiąt, znaleźliśmy się na wodnym przystanku, który przywodził na myśl wagon do przewozu bydła. Tam czekaliśmy na tramwaj wodny, drżąc przed słynnymi kieszonkowcami. I chociaż staliśmy na początku kolejki, w magiczny sposób znaleźliśmy się z samego jej tyłu. Tym samym na prom się nie zmieściliśmy i musieliśmy poczekać na kolejny. Sam rejs jednak, chociaż na stojąco i ze sternikiem, który średnio rozumiał, czym jest delikatność przy dobijaniu do brzegu, uważam za przyjemny. Obejrzeliśmy mnóstwo pięknych budynków, niektóre przyozdobione napisami (własnie takimi jak No mafia! Venezia e sacra czy Venice is my future). Po wysiadce na Placu Świętego Marka, obejrzeliśmy tamtejsze budynki i ruszyliśmy zwiedzić Wenecję po raz kolejny - tym razem na własnych nogach, nie płynąc po Grande Canale. Przez tłum i ciasne uliczki, pełne sklepików z chińszczyzną i pamiątkami bardzo eleganckimi, lecz niepraktycznymi, po zjedzeniu zasmucająco małych lodów, dotarliśmy do samochodu, a przedtem do jedynej w Wenecji toalety, ceniącej się na, bagatela, euro pięćdziesiąt. Podczas gdy średnia opłat we wszystkich innych toaletach przez cały wyjazd wyniosła mnie... zero.

Spacerem przez patelnię


Zwykle jeszcze przed wyjazdem mam długą listę rzeczy, które chcę w danym miejscu zobaczyć, ale ponieważ do Bibione jechałam wypoczywać i czytać na plaży gazetki, chłodzona delikatną bryzą (po prawdzie raczej skończyłam rozpaczliwie ukryta pod zbyt małym parasolem, sypana piachem i z bólem głowy od huku fal) to miałam tylko jedną taką rzecz - Faro di Bibione, latarnię morską niedaleko ujścia rzeki Tagliamento. Samo ujście też planowałam zobaczyć, ale zrezygnowałam. Po pierwsze, mój prawie dwudziestokilometrowy spacer okazał się nieco zbyt hardcorowy dla reszty towarzystwa. Po drugie, zdradziła nas pogoda.

Wyruszyliśmy w pochmurny dzień, drugi z kolei, ufni w chmury na niebie. Bez kremów z filtrem, bez czapek, nawet bez okularów przeciwsłonecznych. Tymczasem w południe pojawiło się włoskie słońce, wypaliło chmurki do cna i oznajmiło, że zaczyna się wspaniała pogoda, znaczy trzydzieści stopni w cieniu. Na szczęście moja zapobiegliwa rodzicielka miała chustę, którą okryłam ramiona i głowę, a ja przezornie włożyłam długą sukienkę, bo inaczej spaliłoby mnie na skwarkę. Innych spaliło, ale oni nie mają z tym takiego problemu jak ja, zapamiętały wampir. Na całe szczęście w swym ogólnym otumanieniu zabraliśmy napoje i wodę, muszę jednak stwierdzić, że do latarni doszliśmy zmęczeni jak diabli, a chociaż wracaliśmy krótszą drogą, to ostatni etap wędrówki - prażoną nieposkromionym słońcem ścieżkę rowerową bez krzty cienia - pokonaliśmy na ostatnich nogach. Na szczęście nikt nie dostał udaru, a serio było tak źle.

Na bezweniu i plaża wena


Wzięłam laptopa z zamiarem grania i puszczania filmów wieczorami, ale zrealizowałam tylko ten drugi zamiar, bo - o dziwo - wróciła do mnie wena. Także gdzieś między chodzeniem zbyt długich dystansów i wylegiwaniem się na plaży oraz wydawaniem pieniędzy w obcej walucie, zaczęłam pisać kolejny projekt, powieść, wynik zarówno mojego zamiłowania do fantasy udającego science fiction, starej dobrej SI, jak i do... psów. Nie wiem jeszcze, co z tego wyjdzie, ale po raz pierwszy od dawna dobrze się bawię, pisząc.

Aleś mi uczyniła pustki w domu moim...


Powroty są dla mnie zawsze bolesne. W przeciwieństwie do wielu osób, nie lubię wracać do domu. Zawsze przez kilka dni mam takie myśli, że chciałabym zamieszkać w miejscu, które odwiedziłam. Później mi przechodzi.

Niekoniecznie poprawiło mi humor moje futro, które z przymusowych wakacji u rodziny powróciło obrażone, wychudłe i osowiałe. Na szczęście teraz wszystko już dobrze. Kiedy ja wykopię się spod góry zobowiązań - nie wiem. W każdym razie jestem, wróciłam do świata żywych i do internetów. Nie wyrzucajcie Próżnej jak Smaug z subskrypcji.

3 komentarze:

  1. Miła lektura. Przyjemnie czytało się Twoje wspomnienia z wakacji. : ) Współczuję przegranym potyczkom z komarami, nienawidzę tych paskud.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba źle ze mną skoro na pierwszym zdjęciu przeczytałam "USB" xD
    Czy w Wenecji dalej są tak popieprzone dzikie tłumy? Bo to była jedyna rzecz, która mi się tam niepodobała xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Jest tam tylu ludzi, że jak przystajesz, żeby coś obejrzeć, porywa cię dziki tłum. Masakra.

      Usuń

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.