:::: MENU ::::

piątek, 14 października 2016


China Mieville uosabia w sobie największy brak polskiej myśli fantastycznej, to znaczy lewactwo. "Ten pisarz komunista" jak dobrotliwie wypowiadają się o nim co poniektórzy, siłą rzeczy wbił więc na mojej listę do przeczytania. Nie dlatego, że nie mogę żyć bez Marksa w literaturze, ale ponieważ mianem "lewactwa" określa się niekiedy w Polsce takie niepożądane cechy książek jak na przykład tworzenie bohaterów na innej zasadzie niż kopiuj-wklej ze starego dobrego schematu "mroczny i cyniczny i śmiejący się złowrogo i fajniejszy od wszystkich". To skoro tyle już sobie wyjaśniliśmy, to co myślę o twórczości faceta, na którego widok w ciemnej uliczce pewnie bym zawracała, trzymając rękę na żelu pieprzowym - a konkretnie o tym kawałku twórczości, który miał według moich znajomych "ssać macki"?

Przyznaję, że miałam w czasie czytania Krakena przynajmniej kilka takich chwil, gdy myślałam sobie: "Ale super, od razu widać, że facet jest biologiem morskim" i mój mózg jakoś miał problem z elementarnym faktem, że biologiem morskim jest Peter Watts. To znaczy, biologia jest dla tej powieści po prostu ważna, przynajmniej na początkowym etapie. Poznacie więc różnice między kałamarnicą olbrzymią i kolosalną oraz dowiecie się jak spreparować wielkiego mięczaka, gdyby kiedyś było to wam potrzebne.

Bohater książki, Billy, tym właśnie zajmuje się w życiu czy może do tego został stworzony - do martwych mięczaków. Pracuje w muzeum i pokazuje ludziom martwą kałamarnicę. Przynajmniej tak jest, dopóki coś w rzeczywistości nie zaczyna się psuć, a całe jego życie nie odbiega coraz dalej i dalej od racjonalności.

Niestety, w miarę osuwania się w stronę surrealizmu, Kraken traci także naukowe zacięcie. Jakby Mieville po pierwszych paru rozdziałach doszedł do wniosku, że fajnie było, ale starczy już tego opowiadania o formalinie. Osobiście żałuję, że podjął taką decyzję, chociaż jestem pewnie w mniejszości i większość osób woli czytać oniryczne powieści sensacyjne niż mroczną historię człowieka, który konserwował mięczaki.

Zasadniczo Kraken to taka książka, w której przez większość czasu nie wiadomo, co właściwie się dzieje, o co chodzi i czy sam autor aby na pewno miał jakiś pomysł, czy tylko pisał byle co, byle było. Koniec końców, z mroku niewiadomych wynurza się przemyślana, mroczna konstrukcja z cegiełek urban fantasy i kryminału. Mnóstwo osobnych, indywidualnych historii splata się w jedną całość, gdzie wydarzenia z końca połączone są nierozerwalnie z tymi z samego początku. Trzeba uważać, czytając, bo jeżeli coś nam umknie - zgubimy się na dobre w uliczkach stworzonej przez Mieville'a wersji Londynu.

2 komentarze:

  1. Książkę sam trzymam u siebie na półce i czeka ona w kolejce na przeczytanie. Ogólnie po lekturze "Dworca Perdido" (gorąco polecam) bardzo polubiłem tego autora i stwierdziłem, że każdą jego książkę mogę czytać w ciemno. Nie ze względu na poglądy polityczne, z którymi zresztą autor się nie kryje, tylko na pomysły. A czasami mam wrażenie, że niektóre jego utwory nie oferują nic poza pomysłem właśnie (przeczytałem jak na razie całą trylogię Bas-Lag, zbiór opowiadań "W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania" oraz "Ambasadorię", a aktualnie męczę "Miasto i miasto").

    Myślę, że to autor, z którego twórczością warto się zapoznać, jeśli ktoś interesuje się fantastyką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie właśnie "Kraken" był pierwszym spotkaniem z Mievillem (kojarzę, że czytałam jakieś jego opowiadanie, ale nie pamiętam za dobrze, więc się nie liczy). "Ambasadoria" czeka w kolejce, chyba zacznę ją czytać jako następną.

      Usuń

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.