:::: MENU ::::

wtorek, 8 listopada 2016


Pytanie, po co właściwie nam cała ta nauka, cisnęła mi się na usta przez większość lektury sierpniowego Scientific American. Badania odnośnie sinic, hormonów empatii, ciem, zórz polarnych w przeszłości, kolorowych rybek i ciekawostek zdawały się zaprzątać naukowców, na równi z rozmyślaniem o wirusie Zika, z których to rozmyślań nie wynikło absolutnie nic.


Paradoksy, paradoksy

Nic mnie już powoli nie zdziwi, ale mimo wszystko odczułam pewne (negatywne) zdumienie, że cenione czasopismo popularnonaukowe musi pisać o rzeczach takich jak... wykluczanie z olimpiady kobiet, które mają zbyt wysokie poziomy testosteronu. Igrzyska bojkotuję wytrwale od tych nieszczęsnych pekińskich (ktoś poza mną jeszcze to pamięta?), więc siłą rzeczy nie wiem, co się dzieje. A tu trach! - dzieje się zwyczajna dyskryminacja, która dotyczy kobiet. Nie transseksualistów nawet, ale kobiet, które po prostu mają naturalnie wysoki testosteron. I oczywiście te same zasady nie wymagają mieszczenia się w żadnych dziwnych normach od mężczyzn. Fajnie, co?

Paradoksalnie jednym z najciekawszym artykułów na pierwszych stronach pisma jest... artykuł o myszach laboratoryjnych, konkretnie o tym, że nie stanowią one dobrego modelu ludzkiego systemu immunologicznego i dlaczego. Odpowiedź jest prosta - żyją w zbyt sterylnym środowisku. Ciekawa jestem, jak zmieni - i czy zmieni - to odkrycie życie myszy laboratoryjnych, które są przecież dla nauki niezwykle ważne.


Ta straszna poprawność

Jeżeli ktoś jeszcze ma wątpliwości jak wygląda prawdziwa poprawność polityczna (tip: nie jest to fakt, że Idris Elba gra w Mrocznej Wieży), powinien przeczytać artykuł Waga ołowiu autorstwa Ellen Ruppel Shell. Tekst jest rozpaczliwie rozmyty i pozbawiony wszelkiej konkluzji do tego stopnia, że - chociaż wierzę, że tak nie było - wydaje się jakby ktoś zapłacił za napisanie go bez sformułowania zarzutu mogącego brzmieć jak "ołów jest szkodliwy".

Całość dotyczy jakiejś afery w Stanach, gdy wykryto w wodzie pitnej podwyższone stężenie ołowiu, który skaził także ludzi, a przede wszystkim może zaszkodzić dzieciom. Przytaczanych jest dużo badań, które sugerują, że wcale dzieciom nie zaszkodzi, bo jest go za mało, a z drugiej strony nawołuje się do podjęcia działań prewencyjnych. Wszystkie te badania dotyczą niskich dawek (co się zgadza) i krótkiej ekspozycji (co jest dyskusyjne, skoro ludzie tę wodę pili). Podsumowanie, w którym stwierdza się, że nie tylko ołów szkodzi na rozwój mózgu, ale też na przykład mało stymulujące środowisko, jest na poły śmieszne, a na poły żałosne.


Ech, ten kosmos...

Jakoś nie mogę przekonać się do astronomicznych artykułów w Scientific American i ten numer nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Niby rozumiem, niby to interesujące, ale jest napisane jakoś tak strasznie, że czuję się jakbym słuchała osoby z obsesją, która nakręca się z każdym akapitem bardziej i bardziej, aż jej słowa zmieniają się w bezsensowny bełkot. Albo stan mojej wiedzy z tym, co nauka wie o kosmosie obecnie rozmija się tak mocno, że nijak nie mają już płaszczyzn wspólnych albo naprawdę brakuje ciekawych artykułów na ten temat.


"Zieloni" versus prawda

Już od pewnego czasu bardzo sceptycznie podchodzę do działań organizacji tak zwanych ekologicznych, pomimo tego, że moja dusza ciągle się zieleni, a praktyki walki o środowisko rodem z Księżniczki Mononoke raczej nie zostałyby przeze mnie potępione. Jednakże chcę, żeby ta walka miała ręce i nogi oraz była wolna od hipokryzji, a nie zmieniała się w nową sekciarską logikę bez ładu i składu. No nie poradzę, taki ze mnie przeintelektualizowany egzemplarz, że domagam się rozsądku we wszystkim.

Ostatnio ciągle mnie "tyka" ów brak rozsądku, logiki i oparcia na faktach w działaniach wszelkiego rodzaju zielonych. Na przykład znalazłam niedawno całkiem sensowne wytłumaczenie walki z kornikiem w Białowieży. Na tyle sensowne, że zmieniłam własne zdanie w tym względzie. Był to komentarz na FB, stąd link dawno straciłam, ale streścić to można prosto: "Kornik zniszczy puszczę, która potem się odtworzy. Ale to zajmie o wiele więcej czasu niż gdyby człowiek jej pomógł". Murem za polskimi leśnikami stoją też dane statystyczne. Przepraszam, zieloni - ale cyferki mówią, że jednak leśnicy dobrze robią. Lasów mamy więcej i więcej.

W nurt specyficznego eko-sceptycyzmu - bo nie jest się przecież sceptykiem ekologii czy biologii konserwatorskiej, ale fundacji zajmujących się tematem - wpisuje się artykuł K. Ullas Karantha Na tropach tygrysów o nowych metodach liczenia tych niezwykłych kotów oraz wnioskach, jakie z owych obliczeń płyną. Przede wszystkim badania Karantha przeczą tezie, jakoby na liczebność tygrysów najmocniej wpływali kłusownicy, a obwiniają raczej brak odpowiedniej zwierzyny. Każdy, kto miał chociaż trochę matematyki, z łatwością zrozumie jak bezsporna jest pokazana w artykule korelacja między liczbą tygrysów a liczbą odpowiedniej zwierzyny łownej. To pewnie bolesne (dla mnie też), że nie można oskarżyć o wybijanie kotów tych brzydkich kłusowników, tylko normalnych ludzi, którzy na własne potrzeby trzebią to, co tygrysy jedzą. Lepiej jest mieć wroga. A już najlepiej - wroga nieuchwytnego i odległego, bo wywożącego tygrysy na rynek chiński. I nie, nie usprawiedliwiam tu kłusownictwa.

Karanth przytacza też przykłady pomyłek - albo manipulacji, zależnie od interpretacji - WWF, dotyczących liczebności tygrysów, podawanej do publicznej wiadomości. Przyznać trzeba, że pokazane w artykule zestawienie jest dla fundacji dewastujące - z jednej strony suche fakty (liczby!), z drugiej przestarzałe szacunki i optymistyczne prognozy.

Nie ukrywam, Na tropach tygrysów, było dla mnie artykułem na równi bardzo ciekawym i bardzo trudnym do przetrawienia, bo wymagającym pewnych korekt w moim światopoglądzie i w tym, co uważałam, że wiem. Ale co ma rozwijać, jeśli nie lektura SA?

Pomimo tego, że numer był bez wątpienia bardzo wakacyjny i traktował głównie o sprawach błahych, znalazła się w nim całkiem przyzwoita liczba interesujących tematów. Żałuję, że tak ciężko jest mi się przegryźć przez cokolwiek poświęconego astronomii, ale być może pora zwyczajnie pogodzić się z faktem, że to nie mój konik.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Komentarze nie są moderowane, jednak jeżeli będą służyły sianiu nienawiści lub bezmyślnemu wklejaniu linków, mogą zostać zjedzone przez smoka.