Mit konsekwencji - casus "Breaking Bad"

Kluczowy jest zawsze pomysł. Na bohaterów. Na fabułę. Na mocne otwarcie. Na mocne zamknięcie. Na lokalizację. Generalnie, nie ma twórczości bez pomysłu.

Z tym trudno się nie zgodzić, czasami jednak wkrada się coś jeszcze - konsekwencja. Paradygmat planu, najlepiej szczegółowego, domkniętego, zanim w ogóle postawimy pierwszą literkę w swoim ulubionym edytorze tekstowym. Koncepcja, która zakłada, że jak masz bohaterów, to musisz mieć dla nich świat przedstawiony. Że jak wiesz, o czym piszesz, to wiesz jak się skończy to, co piszesz.

Spędziłam ostatnie dwa tygodnie, w maksymalnym tempie na jakie pozwalają mi obowiązki przegryzając się przez Breaking Bad. A ponieważ jest to serial dość długi, złożony, pełen niuansów, osadzony na ciekawym tle, trochę przy okazji oglądania poczytałam i to, co w oczy rzuciło mi się najbardziej, to właśnie pewien brak twórczej konsekwencji. Duża elastyczność w podejściu do bohaterów zwłaszcza.

Taki Jesse Pinkman. Główna - i osobiście moja ulubiona - postać wszystkich sezonów, której zgodnie z założeniem miało od drugiego sezonu nie być w ogóle. Twórcy chcieli go wykończyć w scenie na złomowisku. Nie zrobili tego, bo Aaron Paul grał doskonale, więc zamiast odstrzelić go zgodnie z zamiarem, zachowali to złoto. Kluczową dla fabuły rolę osoby zabitej przez Salamancę spełnił z powodzeniem ktoś inny.

Albo Gus Fring, bardzo istotny element trzeciego sezonu, główny antagonista sezonu czwartego i najlepszy antagonista całej serii zarazem. Na jego niezwykłą postać więcej pomysłu miał sam aktor, Giancarlo Esposito, również on nie wyraził zgody na to, by Gus pozostał jedynie postacią pojawiającą się to tu, to tam. Nie da się ukryć, że ten upór, by z Fringa uczynić ważną postać, wyszedł na dobre wszystkim.

Z sezonem czwartym w ogóle łączy się historia - bo twórcy właściwie nie wiedzieli, czy nie pozbędą się w nim Waltera White'a, jak sami twierdzą niemal do połowy trwania prac! To dopiero elastyczność...

Jest także Hank Schrader. Postać, która ewoluowała z "elementu komicznego" do jednej z niewielu "dobrych" postaci obecnych w tym "kryształowym" uniwersum. Nie byłoby tak porządnej gry Norrisa, nie byłoby pewnej elastyczności w scenarzystach, nie byłoby i znanego nam Hanka.

Oczywiście, twórcy Breaking Bad mieli na swoje "dziecko" bardzo konkretny pomysł. Chcieli opowiedzieć historię ludzkiego moralnego upadku i udało im się to doskonale. Finalny produkt nie do końca przypominał jednak to, czym był na poziomie wczesnej koncepcji. Pomysł bowiem nie jest betonowym filarem - raczej plasteliną. Z zielonej nie ulepimy słoneczka, ale wciąż opcji mamy wiele.