Skończ, zanim schrzanisz!

Zdarzyło Wam się kiedyś przerwać oglądanie serialu na losowo wybranym sezonie i odcinku, ponieważ wiedzieliście, że za nim będzie już tylko gorzej? Mnie się zdarzyło. Wczoraj. Tak właśnie zakończyłam swój re-watch Plotkary po wielu, wielu latach - generując sobie swoje własne zamknięcie, bez toksycznych małżeństw i zmartwychwstałych biznesmenów. Niektórzy scenarzyści doskonale wiedzą, kiedy przerwać, inni... cóż, nie tak bardzo. A jeszcze inni doskonale to wiedzą, ale pieniądz rodzi potrzebę. :)

Nie inaczej jest na naszym małym pisarskim poletku. Zdarzało mi się napisać zakończenie, które jest piękne i smutne, a dodatkowo czyni pewną sprawiedliwość moim bohaterom. Jednocześnie, docelowo, treść mojej powieści miała się skończyć rozdział wcześniej i to również byłoby dobre zakończenie. Postawiłam ostatnią kropkę w tamtym tekście chyba dwa lata temu i ciągle się zastanawiam, czy wyciąć ten ostatni rozdział, czy nie.

Albo zbiór opowiadań. Zaplanowałam go sobie jako otwarcie czegoś większego, ale to coś większego nie nadeszło. Wyrzuciłam z niego kiepskie teksty. Potem wyrzuciłam z niego owo "coś większego". Został mi zbiorek cienki, ale po jego ponownym sczytywaniu widzę, że w zasadzie lepszy.

Jest jeszcze Hotaru. Jeżeli nie czytaliście Hotaru, to proszę - przeczytajcie. To jest opowiadanie, do którego nigdy nie wróciłam, do którego uniwersum nigdy nie wróciłam (chociaż obiecałam...). Gdybym napisała je parę miesięcy wcześniej lub później, gdyby nie pokryło się z moim ówczesnym stanem ducha i wiedzą o buddyzmie, nie byłoby tak udane. A jednocześnie jest przepełnione samotnością w takiej dawce, że pisanie czegoś więcej w temacie chyba po prostu działało na mnie depresyjnie.

Jak łatwo się zorientować, wyznaję zasadę, że mniej znaczy więcej. I jak również łatwo się zorientować, czasami mnie to paraliżuje. Ale kiedy wkurzam się na gwałtownie piętrzące się pod koniec cudzego dzieła bzdury, myślę sobie, że chyba zostanę przy swoim. Nawet jeśli oznacza to miesiące czy lata wycięte z pisarskiego życiorysu. W końcu pisaniem na chleb nie zarabiam, heh. :)