Przeprosiny z PW

Otwarłam najbardziej przeze mnie znienawidzoną książkę, jaką mam na półce i zaczęłam ją czytać. Pierwszy rozdział wszedł mi nieźle, następny zresztą też. Parę scen przeskoczyłam - w końcu i tak doskonale wiem, o co chodzi - do innych wracałam kilkakrotnie, zastanawiając się, jak dzisiaj bym je napisała. Lepiej i dojrzalej? Czy po prostu inaczej?

Pieśń węży to taka trochę moja nemesis. Między napisaniem tej książki, kolejnymi poprawkami, a końcem procesu wydawniczego, na który spadały kolejne plagi egipskie, upłynęło tyle czasu, że kiedy powieść wreszcie wydrukowano, był to bardziej cios w samo serce niż powód do otwarcia szampana. To znaczy, tak, czułam wielką ulgę, że już po wszystkim, trochę radości, trochę entuzjazmu, którego na długo nie starczyło... no ale wszystko zdominowało takie wrażenie, że to NIE JEST MOJE.

Wystarczy zresztą prześledzić moje publikacje, poprzedzające wydanie Pieśni. Ostatnią rzeczą powiązaną z Kahrem, jaką napisałam, była Iskra w ciemności z 2014 roku... potem pojawiało się postapo, soft sf, przygodowe fantasy, rzeczy z pogranicza realizmu magicznego. Wszystko, czym nie jest PW. Dodajmy do tego fakt, że z wydawnictwem się nie do końca wszystko kleiło i proszę - zasadniczo nawet dziś mam poczucie, że danie sobie z tym wszystkim spokoju, wyjechanie nopetrainem z fandomu, zaprzestanie czytania fantastyki, rytualne przełamanie pióra i spalenie wszystkich rękopisów to było najlepsze co mogłam w tamtym momencie zrobić, szczególnie dla siebie.

Nie oszukujmy się, Pieśń węży prześlizgnęła się zupełnie niezauważona. Kilka opinii na LC, jedna fajna recenzja w e-zinie... ogólnie rzecz ujmując, łatwiej w internecie znaleźć informacje o kolejnych przesuwanych datach premiery tej książki, niż o niej samej. W takim klimacie to nawet ja przestałam się bać to czytać.

Jak to ze strachami bywa, naprawdę nie jest AŻ TAK źle.

Powoli przestaję myśleć, co bym zrobiła dzisiaj inaczej. Ostatecznie jest to mniej polityczne fantasy niż po prostu opowieść... o gniewie, o nienawiści, o pogardzie, o walce. Pełna bluzgów, pełna krwi, pełna nieuzasadnionej momentami przemocy.

Moja percepcja zmieniła się od czasów PW drastycznie, bo też minęło już prawie dziesięć lat, odkąd się za tę książkę zabrałam. Dzisiaj w sobie takich emocji nie mam i nie wiem, czy bym umiała o nich napisać.

I właśnie dlatego zaczynam Pieśń węży... lubić.