Bolesny powrót do pióra

Podziwiam tych, którzy lubią pisać. Kiedyś sama się do nich zaliczałam. Perspektywa spędzenia kilkuset godzin na tworzeniu, poprawianiu i czytaniu w kółko tekstu nie napawała mnie wówczas wewnętrzną, niewysłowioną boleścią ani poczuciem nonsensu.

Te czasy dawno minęły.

Przez ostatni rok pisałam bardzo niewiele, to jest najmniej od jakiś piętnastu lat. Wcale nie żałuję tego, że pisanie nie jest już największą z moich pasji (ani w ogóle pasją, bardziej hobby). Być może za kolejnych piętnaście lat tak pomyślę o tym, co robię obsesyjnie obecnie. Ciężko prorokować.

Aha, no ale jednak do tego pisania wróciłam, dlaczego? W sumie... dobre pytanie. Nie wiem. Jest jakiś niepokój, jakieś poczucie pustki w nie pisaniu niczego. Mam w końcu pomysły, rozeznanie, czasem chwilę czasu. Nie mam powodu, aby nie pisać.

Konsekwencja jest trudna. Jeśli nie zaplanuję sobie, że tego i tego dnia napiszę to i tamto, to nie napiszę. Czasem nie napiszę nawet, jeżeli sobie zaplanuję. Staram się nie katować tą myślą. Realizuję pomysły wolniej. Nie zawsze daję z siebie przy tym dwieście procent. Nie wiem czy to, co piszę, będzie się nadawało do przeczytania - nie mam już tego poczucia pełnego władania piórem ani tego braku pokory, który pchał mnie naprzód.

Mój sen się ziścił, wydałam książkę. Teraz próbuję ten ziszczony sen przekuć w coś konkretnego, w fundament. Myślę że taka jest kolej rzeczy. Ogień wygasł, ale popioły tlą się długo i można w nich upiec ziemniaki lub nawet dobrą rybkę.

Mam nadzieję, że za kolejne kilkaset godzin pracy znów o mnie usłyszycie. :)