Cuda i dziwy polskiej fantastyki

Prawdopodobnie wkrótce lodowce stopnieją, woda w Europie wyschnie i wszyscy zginiemy, ale nie będziemy mogli narzekać, że nie mamy w Polsce co czytać.

Wśród wcale licznych klientów księgarni jest taki paradogmat, że nie czyta się polskich książek. To owoc naszego zgniłego rynku, gdzie bardziej opłaca się wypuścić i zareklamować tłumaczenie kolejnego hitu z "listy bestsellerów biuletynu Jehowych drukowanego w piwnicy przy nienazwanej ulicy w Chicago" niż rodzimego autora. Ponieważ - fun fact - konsumujemy raczej to, co nam podsuwają do konsumpcji niż to, co sami chcemy.

Ale mamy kilka wydawnictw, które wydają i polską fantastykę, i ta fantastyka jest zazwyczaj dobra. Raczej nie "niesamowicie dobra", "genialna" oraz "wywracająca mózg na lewą stronę", nie mniej mogę z pamięci podać całą listę tytułów, których czytanie nie boli, a wręcz jest przyjemne. Wielkie dzieła też zresztą mamy, tylko jakby mniej niż rynek anglojęzyczny, co nie zaskakuje porównując same rozmiary tegoż rynku, ale i potencjał zarobkowy dla autora.

Pomimo jednak tego, że się nie opłaca, że wydawnictwa tego generalnie nie chcą, Polacy piszą.

Przynajmniej trochę opowiadań o smokach po nas zostanie.